Ekranizacja powieści Jo Nesbø o detektywie Harrym Hole'u ma wiele atutów — Michaela Fassbendera w roli głównej, kapitalnie sfilmowane norweskie krajobrazy, świetną muzykę i ciekawy drugi plan — a mimo to składa się w przeciętną całość. Główną słabością jest niemrawa, mało zajmująca intryga i wielokrotnie przerabiany scenariusz: sceny nie kleją się ze sobą, a część wątków pozostaje niezamknięta. Bohater, w powieściach wielki atut, wypada zadziwiająco jednowymiarowo. Zamiast klasyka nordic noir wyszło rozczarowanie — jest atmosfera, nie ma filmu.
Nie do wiary: tak wiele jest dobrych rzeczy w tym filmie, a w jakże przeciętną całość się składają. Niezły jest pomysł, by w roli detektywa Harry’ego Hole’a (bohatera serii powieści Jo Nesbø) obsadzić Michaela Fassbendera. Kapitalne są cudownie filmowane norweskie krajobrazy, świetna jest muzyka, mamy też sporo ciekawych aktorów na drugim planie. Cała ta hollywoodzka wystawność nie przystaje do niespecjalnie zajmującej intrygi. Główny bohater jest zadziwiająco jednowymiarowy (a przecież Harry Hole był wielkim atutem powieści), akcja posuwa się niemrawo, a scenariusz (po wielu przeróbkach) nie sprzedaje intrygi w przykuwający uwagę sposób. Wiele scen nie klei się ze sobą, kilka wątków zostało rozpoczętych, lecz niezamkniętych. Mógł to być klasyk nordic noir w klimacie prozy Thomasa Harrisa, wyszło rozczarowanie. Jest atmosfera, nie ma filmu. Będzie kontynuacja?