ReżyseriaQuentin Tarantino
WystępująLeonardo DiCaprio, Brad Pitt, Margot Robbie
Rok produkcji2019

Quentin Tarantino wykorzystuje prawdziwą historię zbrodni sekty Charlesa Mansona jako punkt wyjścia do celuloidowego snu o końcu dawnego Hollywood. To najbardziej ambitne dzieło reżysera: opowieść o przyjaźni, przemijaniu, miłości do kina i jego mocy przekształcania rzeczywistości.

Pewnego razu… w Hollywood” („Once Upon a Time… in Hollywood”) nie jest filmem o szokującej zbrodni sprzed półwiecza. Quentin Tarantino nie szuka prawdy o krwawych wydarzeniach, a kręcąc swoje najambitniejsze dotąd dzieło, nie chciał być kronikarzem, dokumentalistą i rekonstruktorem. Tak jak w „Django” nie chciał pokazywać prawdziwego życia na Dzikim Zachodzie, a w „Bękartach wojny” jego celem nie było odtwarzanie życia w okupowanej przez Niemców Europie. Tarantinowskie kino jest fantazją, jego filmy ulepione są z innych filmów, tych, na których się wychowywał, które kocha, które podziwia. Odbija się jednak od prawdziwych wydarzeń, przetwarzając je po swojemu na potrzeby celuloidowego snu, więc uciec od faktów nie można. Tym razem historia jest aż nadto prawdziwa, brutalna, a jednocześnie – jak dziwnie i okrutnie by to zabrzmiało – jakby wyjęta z jakiegoś krwawego romansu brukowego o życiu gwiazd i Hollywood. Przez minione pół wieku obrosła także legendą i nabrała znaczenia symbolicznego. Tego wszystkiego Tarantino jest świadomy i celowo stara się uderzyć w te właśnie tony. LATA wolności, LATA NIENAWIŚCI „Spieprzyliśmy to” – podsumowuje bohater filmu „Easy Rider” Denisa Hoppera, który wszedł do kin kilka tygodni przed zbrodnią, której dokonała na Sharon Tate sekta parareligijna Charlesa Mansona. Co? Odpowiedź wprost nie pada, ale sugestia jest jasna: w epoce dzieci kwiatów rodziła się szansa na budowę lepszego, nowego świata, ale wyszło jak zawsze. Pomijając dyskusyjność tezy nowego początku i pielęgnowaną w niektórych kręgach do dziś admirację dla „ery Wodnika”, mówimy o czasie rzeczywistego przełomu. Ameryka się zmieniała, kultura się zmieniała (przepoczwarzała się w kontr- ‑kulturę), zmieniało się także Hollywood. Proces ten świetnie opisał amerykański krytyk filmowy Peter Biskind w książce

Nowy film Quentina Tarantino to jego najambitniejsze dzieło. Sen o Hollywood, który zamienia się w wyznanie wiary w możliwości kina

Głównym bohaterem filmu jest starzejący się aktor Rick Dalton (fenomenalny Leonardo DiCaprio). Kiedyś ściągał do kin tłumy, teraz pojawia się w telewizyjnych serialach z perspektywą na szybkie przeszeregowanie z kategorii „role główne” do „gościnnie występuje” fot. ANDREW COOPER

„Easy Riders, Raging Bulls” opatrzonej efektownym podtytułem: „Jak pokolenie seksu, dragów i rock and rolla uratowało Hollywood”. Wraz z Ameryką zmieniała się publiczność, młodzi nie chcieli już oglądać klasycznych westernów, wystawnych musicali, koturnowych dramatów biblijnych. Nowe kino, którego film Hoppera był symbolem, powstawało za sprawą Martina Scorsese, Francisa Forda Coppoli, Warrena Beatty’ego, Arthura Penna, potem także Lucasa i Spielberga. W roku 1969 wielu widziało symboliczny kres jednej epoki i początek nowej. Nierozstrzygnięta pozostaje jednak kwestia: „Co właściwie się kończyło?”. Szokujące morderstwo, do którego doszło 9 sierpnia 1969 r. w domu przy Cielo Drive w Los Angeles, bywa wskazywane

jako data symboliczna. Zginęła aktorka Sharon Tate, żona Romana Polańskiego. Zamordowano jego przyjaciela Wojciecha Frykowskiego. A także trzy inne osoby. Tate była w zaawansowanej ciąży. Cała piątka zginęła z rąk członków grupy wyznawców Charlesa Mansona – samozwańczego, niedouczonego, charyzmatycznego i bez wątpienia nieco obłąkanego guru. To miał być, zdaniem wielu, kres niewinności. Inni wskazywali na 6 grudnia 1969 r. i tragiczny koncert w Altamont. Wtedy to na oczach wielotysięcznego tłumu i przy dźwiękach muzyki przerażonych Rolling Stonesów członkowie motocyklowego gangu Hells Angels zakatowali jednego z widzów. Jeszcze inni przypominają o kwietniu 1968 r. i zabójstwie Martina Luthera Kinga. Lata miłości, wolności i odlotu okazały się latami nienawiści, przemocy i narkotykowych zbrodni. Jeśli można mówić o „czasie niewinności”, to raczej w kategoriach zbiorowych złudzeń. Bill Tennant, ówczesny menedżer Romana Polańskiego, mówił po latach w książce Toma O’Neilla „Manson”: „To nie miało nic wspólnego z niewinnością. To była kara. Co jest niewinnego w narkotykach? A w rozwiązłości?”. Na kwestie narkotyków, podejrzanych transakcji, zaległych rozliczeń, porachunków między dealerami wskazywał w swojej książce „Jak umierają nieśmiertelni” Krzysztof Kąkolewski. Polski reportażysta był w USA w trakcie procesu Mansona i jego wyznawców, kapitalnie oddał klimat tamtych szalonych miesięcy i prowadził prywatne reporterskie śledztwo. Z jego ustaleń wynikało, że nieszczęście na dom Polańskiego mógł sprowadzić Frykowski, który miał wyjątkowy talent do pakowania się w kłopoty i deptania po odciskach niewłaściwym, a bardzo groźnym ludziom. Kanoniczną wersję wydarzeń przedstawia właśnie wznowiona w Polsce książka „Helter Skelter. Prawdziwa historia morderstw które wstrząsnęły Hollywood”,

której autorem jest prokurator Vincent Bugliosi, główny oskarżyciel w procesie Mansona i jego grupy. Zdaje w niej relację ze śledztwa, przedstawia przebieg rozprawy i jej kulisy. Manson bardzo mętnie tłumaczył swoje inspiracje, śledczy odnotowali, że żywił urazę do producenta muzycznego, który nie docenił jego talentu. Ów producent wcześniej mieszkał w willi Polańskiego i Tate. Czyżby więc ofiary zginęły przez przypadek, w niechcianym zastępstwie? „Kanoniczna wersja wydarzeń” nie oznacza przy tym „akceptowana przez wszystkich”. Rozmaici wyznawcy teorii spiskowych zdążyli w minionym 50- -leciu wyprodukować morze publikacji, w których próbowali dowodzić, że to nie Manson odpowiada za zbrodnię przy Cielo Drive, że go wrobiono, iż był kozłem ofiarnym albo że za wszystko odpowiada rząd USA, który poddał go praniu mózgu. Tę ostatnią teorię przedstawia wspomniany wcześniej Tom O’Neill. Jego książka „Manson. CIA, narkotyki, mroczne tajemnice Hollywood” to przedziwna mieszanka dobrej reporterskiej roboty, ćwiczenia z zadawania trafnych pytań oraz

wyciągania zdecydowanie zbyt daleko idących wniosków z niewystarczających danych. O’Neill sugeruje właśnie, że Manson był produktem ubocznym mrocznych eksperymentów nad kontrolą osobowości dokonywanych za pomocą testowanych przez rząd nowych narkotyków. Jego tezy są absurdalne, ale zapis wielu nagranych na potrzeby książki i zbieranych przez 20 lat wywiadów jest bardzo ciekawy. CZAR ZŁOTEJ ERY Gdzie w tym wszystkim plasuje się Quentin Tarantino? Jak do sporów o ocenę wydarzeń i o motywację sprawców ma się film „Pewnego razu… w Hollywood”? Najciekawsze jest to, że… nijak. Tarantino przestudiował uważnie dostępne świadectwa, pokazał na ekranie bohaterów tamtych wydarzeń, wkładając w ich usta kwestie, które mogłyby paść naprawdę. Oprócz Polańskiego, Tate i Mansona widzimy także dziewczęta z sekty Mansona, widzimy inne ofiary zbrodni przy Cielo Drive, dostajemy odrobinę Steve’a McQueena czy Bruce’a Lee. Sceny z ich udziałem nie służą filmowemu „śledztwu w sprawie”, ale pomagają odtworzyć atmosferę epoki. Atmosferę, która będąc tak ładnie odwzorowana przez scenografię, kostiumy i światło, jest jednocześnie kompletnie fantastyczna, bo – powtórzmy – wszystko to jest filmową fantazją, w której centrum stoją trzy figury: jedna prawdziwa i dwie wymyślone. Ta prawdziwa to Sharon Tate. Przepięknie sportretował ją w swej książce „Jak umierają nieśmiertelni” Kąkolewski: „Jej portret złożyłem z opowieści osób, które ją dobrze znały. »Wszystkie zdjęcia – mówi Wohl – wyostrzają jej rysy, wydobywają z nich ich regularność, klasyczność, przygaszając miękkość, łagodność, rozkładając twarz na dwa cienie: czarno-biały, a odbierając koloryt mlecznoróżowy. W korekcie fotografii trzeba by też wziąć pod uwagę wyraz oczu. Nieuchwytność tej urody polegała na łagodności spojrzenia, ruchów«. »Niezwykła w tym środowisku, ciepła, miła, bez pozy. Nic z gwiazdy«. »Cudowna, delikatna, skromna, cicha i piękna jakaś«. »Może to była życiowa »’giera’« – opowiada Zofia Komedowa – ale nigdy nie zauważyłam najmniejszego wypadnięcia z tej roli«. »Urodzona, by być aktorką i zagrać Ofelię – powiedział o niej Konrad Nałęcki«”. U Tarantino Sharon Tate jest symbolem Hollywood, roztacza wokół siebie ten sam rodzaj poświaty, którą emanowały dawne gwiazdy filmowe. Margot Robbie wypada

w tej roli wiarygodnie i znakomicie. Gwiazdą z tej samej konstelacji, ale gasnącą, jest główny bohater filmu, czyli starzejący się aktor Rick Dalton (fenomenalny Leonardo DiCaprio). On najlepsze dni ma już za sobą. Kiedyś ściągał do kin tłumy, teraz pojawia się w telewizyjnych serialach z perspektywą na szybkie przeszeregowanie z kategorii „role główne” do „gościnnie występuje”. Jego agent (uroczy epizod Ala Pacino) namawia go do zawodowego resetu: wyjazdu do Włoch i zagrania w kilku spaghetti westernach. Dalton spaceruje po ekranie w towarzystwie swego druha i dublera kaskadera, Cliffa Bootha (Brad Pitt, równie fenomenalny jak DiCaprio). Booth klepie biedę, mieszka jak żul, za jedynego kumpla mając wiernego psa. Jest dla Daltona kumplem do kieliszka, kierowcą, partnerem do rozmów o pstrym koniu, na którym jeździ sympatia widzów szybko nudzących się dawnymi gwiazdami. Życie bierze takim, jakie jest, i w wielu sytuacjach zachowuje stoicki spokój, którego brakuje zdradzającemu objawy depresji i lekkiej paranoi aktorowi. Tarantino zawsze miał dobrą rękę do aktorów, potrafi z nich wyciskać rzeczy, które nie udają się innym reżyserom. Tym razem ewidentnie szukał takich, którzy mają charyzmę rodem ze złotej ery Hollywood. I udało się. Brad Pitt czaruje urokiem w stylu Redforda, DiCaprio to z kolei chyba ostatni z gwiazdorów, którzy samą swą obecnością sprawiają, że film za godny obejrzenia uznają nie tylko krytycy, lecz także miliony widzów. W obu przypadkach oczekuję przynajmniej oscarowych nominacji, choć oczywiście nie wiemy jeszcze, jakie kreacje przyniosą jesienne premiery. Zarówno DiCaprio, jak i Pitt wraz z resztą obsady i mistrzowsko przemyślanym tłem (dbałość o szczegóły jest niezwykła) budują obraz fabryki snów może nie takiej, jaka była, ale takiej, jaką chcieliby widzieć i pamiętać Tarantino oraz inni piewcy celuloidowych mitów Los Angeles. Sam dałem się tej hipnotyzującej narracji porwać, choć przecież z licznych wspomnień oraz monografii poświęconych historii Hollywood wiem, że prawda nigdy nie była tak pięknie podana, jak chciałby nas przekonać sentymentalny Quentin. Zajrzyjcie do publikacji o czasach, kiedy aktywni byli ojcowie założyciele hollywoodzkich studiów. Przypomnijcie sobie ich despotyzm, ich brutalne metody zarządzania, ich bezwzględne miażdżenie aktorskich czy reżyserskich ambicji, traktowanie wszystkich jak poślednich poddanych w ich własnych imperiach. Wreszcie seksualne obyczaje, przy których bledną najbardziej nawet współczesne oskarżenia wysuwane w ramach ruchu #MeToo. „Pewnego razu… w Hollywood” jest więc snem podwójnym. Po pierwsze, o magicznym świecie filmu jako takim, po drugie – o owym gorącym sierpniu 1969 r. Ten sen w pewnej chwili zamienia się w koszmar, ale w sposób zaskakujący. Więcej powiedzieć nie mogę, by nie psuć widzom przyjemności. Przed pokazem w Cannes Tarantino prosił dziennikarzy, by nie zdradzali szczegółów fabuły w swoich recenzjach i omówieniach filmu. Zdradzę jednak, że dla tych, którzy filmy autora „Pulp Fiction” oglądają od lat, jego pomysły i rozmaite motywy powracające w nowym filmie nie będą niespodzianką. Już w pierwszych kilkunastu minutach „Pewnego razu…” dostajemy także podpowiedź na temat tego, jaką figurę w trzecim akcie wywinie reżyser. Proszę oglądać uważnie – i tyle. TRYLOGIA ZEMSTY TARANTINO Nie wiem, ile jeszcze filmów nakręci Tarantino i do jakich gatunków będą należały. Spekulacje są rozmaite: może obraz science fiction (ponoć Quentin marzy o „Star Treku”)? Może kolejna część „Kill Billa”? Na pewno jednak przyszli historycy i krytycy kina będą wspólnie analizowali trzy filmy: „Bękarty wojny”, „Django” i „Pewnego razu… w Hollywood” jako klasyczną trylogię zemsty Quentina Tarantino. Dlaczego? Wszystko stanie się jasne, kiedy wyjdziecie już z seansu „Pewnego razu…”. Filmu przepełnionego miłością do kina, nakręconego z ogromnym pietyzmem, świetnie zagranego. Filmu, który nie jest opowieścią ani o Polańskim, ani o Sharon Tate, ani o Mansonie, tylko wyznaniem wiary w wymierzanie sprawiedliwości widzialnemu światu poprzez kino. Tak jak to w dawnych hollywoodzkich filmach bywało.

← PoprzedniaNastępna →