Tytułowy Pan Wypadek to płatny zabójca specjalizujący się w zleceniach upozorowanych na nieszczęśliwe wypadki; kłopoty zaczynają się, gdy przedstawiciel jednego z klientów postanawia go zabić. Główna słabość filmu to bycie pozbawioną uroku podróbką „Johna Wicka” i pełnych czarnego humoru wczesnych filmów Guya Ritchiego, z których zrzyna. Zamiast B-klasowej zabawy przypominającej, jak fajne potrafi być kino, powstał film obrażający inteligencję widza, którego jedyną zaletą jest krótki, 105-minutowy czas trwania.
Jedyną zaletą tej produkcji jest to, że trwa tylko 105 minut. A przecież mogłaby dłużej. Tytułowy „Pan Wypadek” to zabójca do wynajęcia, specjalizujący się w robotach upozorowanych na nieszczęśliwe wypadki. Pracuje dla specyficznej firmy, która zatrudnia typów dużo bardziej obleśnych i bardziej sadystycznych od niego. Taka branża. Wszystko układa się dobrze dopóty, dopóki pewnego wieczora przedstawiciel jednego z klientów nie zapragnie zabić bohatera i to zanim Pan Wypadek dowie się, że ktoś sprzątnął jego eksdziewczynę. Ta słaba podróbka „Johna Wicka” i pełnych czarnego humoru wczesnych filmów Guya Ritchiego nie ma za grosz uroku dzieł, z których zrzyna. Są filmy B-klasowe, które przypominają, jak fajną zabawą potrafi być kino. Są i takie, które po prostu obrażają inteligencję widza. „Pan Wypadek” to ten drugi przypadek.