Animacja o małym emotikonie, który jest nieszczęśliwy, bo chciałby mieć inny wyraz twarzy, trafia do kategorii filmów o niczym, dla których wyjątkowo trudno znaleźć usprawiedliwienie. Główna słabość to fabuła absurdalna i nudna zarazem — pomysł na krótki skecz kabaretowy, nie na kinowy przebój. Zastrzeżenia budzi też przekaz wmawiający dzieciom, że magiczny świat kryje się w ich smartfonach, a jakość życia zależy od aplikacji, oraz humor sprowadzony do żartów o wydalaniu w wykonaniu cyfrowej kupy — od takiego filmu lepiej trzymać się z daleka.
Film „Emotki” wyróżnia się – niestety w obszernej kategorii „filmy o niczym”. Wyróżnia się tym, że wyjątkowo trudno znaleźć dla niego usprawiedliwienie. Tym razem granice wytrzymałości widza zostały przekroczone. Historia małego emotikona, który jest nieszczęśliwy, bo chciałby mieć inny wyraz twarzy, to rzecz tyleż absurdalna, co nudna. Pomysł na krótki skecz kabaretowy, nie na kinowy przebój. Są i inne wątpliwości. Czy ma sens wmawianie dzieciom, że prawdziwie magiczny świat znajduje się we wnętrzu ich smartfonów i że jakość ich życia zależy od aplikacji? Nie mówiąc o tym, że od filmu, w którym poziom humoru wyznaczają krążące wokół wydalania teksty wypowiadane przez cyfrową kupę, należy po prostu trzymać się z daleka.