Scorsese rozlicza mit gangstera, zostawiając starość, samotność i rachunek win.
W długim ujęciu otwierającym „Irlandczyka” kamera prowadzi nas przez korytarze domu opieki, by zatrzymać się ostatecznie na siwym, starym człowieku siedzącym na inwalidzkim wózku. Nie wiemy jeszcze, że jest ostatnim żyjącym świadkiem wydarzeń, o których opowie, ale wiemy, że to on będzie snuł swą historię.
Frank Sheeran, grany przez Roberta De Niro, to tytułowy Irlandczyk, który swą zawodową karierę (jeśli tak można określić przestępczy żywot) związał z włoską mafią. Jako obcy, jako outsider, nigdy nie będzie mógł zostać jednym z prawdziwych „wiseguys”, ale zdobędzie zaufanie wpływowych ludzi zrodzonych na Sycylii nie tylko dzięki temu, że płynnie mówi po włosku, którego to języka nauczył się, służąc w amerykańskiej armii i walcząc m.in. pod Anzio. Przede wszystkim dlatego, że jest człowiekiem dotrzymującym słowa, godnym zaufania, trzymającym język za zębami i ciężko pracującym. Także wtedy, gdy z drobnego oszusta zostanie przekwalifikowany na specjalistę od malowania domów. Tak, słusznie podejrzewacie, że nie chodzi tu o pracę z pędzlem w dłoni. Eufemizm oznacza mafijnego cyngla, a to, co opryskuje ściany domów po celnym strzale w tył głowy ofiary, bez wątpienia nie jest farbą. Stojący nad grobem Sheeran wspomina. Historia rozgrywa się jednocześnie w kilku planach czasowych, nad którymi Martin Scorsese panuje perfekcyjnie. Przechodzimy między nimi płynnie, nigdy nie gubiąc rytmu i nie tracąc orientacji. Wewnątrz ramy głównej, którą są wspomnienia starca, kryje się jeszcze jedna – kilkudniowa podróż przez Stany Zjednoczone. Samochodem jadą Frank Sheeran i jego mentor Russell Bufalino, postać kluczowa dla filmu i dla życia Sheerana. To Bufalino dostrzegł kiedyś w klepiącym biedę kierowcy ciężarówki coś, co sprawiło, że zechciał go wziąć pod swoje skrzydła i wprowadzić do świata,
Martin Scorsese to jeden z największych żyjących mistrzów kina. A „Irlandczyk” to jego kolejne arcydzieło
który Scorsese pokazywał wcześniej w „Ulicach nędzy”, „Chłopcach z ferajny” czy „Kasynie”. ZNÓW RAZEM Russella Bufalino gra Joe Pesci, który został obsadzony w kontrze do wizerunku, który pamiętamy z „Chłopców z ferajny” czy „Kasyna”, a wychodząc poza filmy Scorsese – choćby z serii filmów „Zabójcza broń”. Tym razem nie jest to nadmiernie ekspresyjny, gestykulujący nieustannie i wybuchowy stereotyp rozgadanego Włocha. Bufalino nigdy nie traci zimnej krwi, mówi niewiele, ale każde jego słowo ma znaczenie, w sytuacjach naprawdę poważnych zaś nawet podwójne, specjalne znaczenie. Poczekajcie na niezwykłą scenę, w której będzie rozmawiał z Jimmym Hoffą, używając kilkakrotnie zwrotów
„it is what it is” oraz „some people”, za każdym razem nadając im coraz groźniejsze brzmienie, choć tembr jego głosu nie zmieni się wcale. Jimmy Hoffa. Kolejna ważna postać tej opowieści. Wszechpotężny przywódca związkowy, który w czasach swej świetności trząsł Ameryką. Jego jedno skinienie sparaliżować mogło dowolny sektor gospodarki. Czczony przez robotników, o których prawa walczył, dbał jednocześnie o własną sławę, fortunę i wpływy. Gigantyczne pieniądze ze składek związkowców inwestował w interesy z mafią. Zaginął w tajemniczych okolicznościach 30 lipca 1975 r. Ciała nigdy nie odnaleziono. Rozmaici ludzie związani z mafią kilkakrotnie deklarowali, że znają los Hoffy i wiedzą, kto go zabił, jednak policji i FBI nigdy nie udało się potwierdzić prawdziwości żadnej z tych opowieści. W filmie Scorsese w postać Hoffy wciela się Al Pacino. „Słyszałem, że malujesz domy” – mówi do Franka Sheerana, gdy pierwszy raz rozmawiają przez telefon. Hoffa potrzebuje pomocy zaufanego człowieka, który pomoże mu w brutalnej rozprawie z konkurencją, a Frank stosowne usługi zapewni. Będzie to początek długiej przyjaźni. Oczywiście obydwu bohaterów skontaktował ze sobą nie kto inny, jak Russel Bufalino. Robert De Niro i Al Pacino znów razem na ekranie. Tylko to zdanie wystarczyłoby, żeby każdy miłośnik kina zasiadł do oglądania „Irlandczyka” podekscytowany. Obaj pojawili się w „Ojcu chrzestnym 2” Coppoli (1974), ale nie dzielili ekranowego czasu. Ich aktorski pojedynek był ozdobą thrillera Michaela Manna „Gorączka” (1995), ale jednak było to tylko pierwszorzędne kino drugorzędne. O występie w „Zawodowcach” Jona Avneta (2008) pewnie obaj zapomnieli jeszcze szybciej niż rozczarowani tym obrazem fani. W „Irlandczyku” dzielą wspólnie sporo czasu ekranowego i każda z tych chwil jest złota. Nie znaczy to jednak, że wszyscy będą tym występem zachwyceni. Dla części widowni to będzie trudna próba. Problem ma charakter techniczny, a nie artystyczny. Lwią część budżetu zapewnionego przez Netflix (niemal 160 mln dol.) dla trzy i półgodzinnej sagi
Scorsese pożarły efekty specjalne. Nie dlatego, że widzimy tu jakieś niezwykłe pejzaże czy szczególnie wymyślne sceny akcji, ale dlatego, że na potrzeby poszczególnych sekwencji aktorzy zostali komputerowo odmłodzeni, a tam, gdzie było trzeba, także postarzeni. Wspaniale jest znów ujrzeć Roberta De Niro takim, jakim pamiętamy go z „Dawno temu w Ameryce” czy „Chłopców z ferajny”, tyle tylko że pamiętamy przecież: to dziś aktor, który ma 76 lat. Joe Pesci jest jego rówieśnikiem, a Al Pacino liczy sobie lat 79. Robota speców od efektów jest znakomita, ale początkowy próg wejścia w film, zanurzenia się w pełni w przedstawioną opowieść jest trudny do pokonania. Są i tacy, którzy wskazują – słusznie – że jest kłopot ze złożeniem dwóch warstw na ekranie – komputerowo odmłodzeni aktorzy wyglądają jak trzy czy cztery dekady temu, ale przecież poruszają się jak starcy, pozostają przygarbieni, gdzieś w głębi serca czujemy, że jesteśmy oszukiwani. Od razu dodam, że sam akurat problemu z tym nie miałem, bo od początku dałem się uwieść narracji Scorsese. Poprawiani czy nie, De Niro, Pacino, Pesci czy Harvey Keitel (pojawia się jako ważny mafioso Angelo Bruno) to aktorzy wybitni i swoim wejściem w postacie sprawiają, że zapominamy o technicznych sztuczkach. Kino to magia, nie przeszkadzało nam przecież, gdy w „Green Book” Viggo Mortensen, syn Duńczyka, wnuk Kanadyjczyka, udawał włoskiego cwaniaczka. Tak jak w „Irlandczyku” nie przeszkodzi nam to, że wnuk Jamajczyka i Szwedki urodzony w brytyjskim Lancashire, czyli Stephen Graham, gra u Scorsese włoskiego do szpiku kości Tony’ego Provenzano. Albo chwila zawahania, kiedy musimy przyjąć na warunkach Martina Scorsese wygląd odmienionych nieco przez komputerowe sztuczki bohaterów. Rozumiem jednak, że część widzów może nie podzielać mej opinii. HISTORIA O SPRZECZNYCH LOJALNOŚCIACH Rozpatrywanie „Irlandczyka” jedynie w kategoriach kina gangsterskiego –
Al Pacino i Robert De Niro znów razem na ekranie. Tylko to zdanie wystarczyłoby, żeby każdy miłośnik kina zasiadł do oglądania „Irlandczyka” fot. materiały prasowe
nawet wybitnego – byłoby jego olbrzymim spłyceniem. Owszem, obserwacje obyczajowe są świetne, a wiedza na temat mechanizmów funkcjonowania zorganizowanej przestępczości – ogromna. Ale to nie nowina w filmach Scorsese, zwłaszcza że łączy w nich własne doświadczenia i spostrzeżenia z czasów, gdy wychowywał się w Little Italy, z mocnym materiałem źródłowym, bo książki, w których szukał inspiracji, przynoszą wielki ładunek intrygujących szczegółów. Najnowszy film Scorsese bliższy jest jednak jego medytacjom religijnym. Chociaż w warstwie fabularnej (i historycznej) stanowi opowieść wielce zajmującą, to mocno wybrzmiewają w nim – i najważniejsze są – wątki, które zawsze były mu bliskie. Popełnione grzechy, nieodkupione winy, lojalności prawdziwe i fałszywe, wyrzuty sumienia. W centrum tych problemów znajduje się Frank Sheeran. Kto spodziewałby się jednak postaci rozdartej przy każdej poważniejszej decyzji, ten będzie w błędzie. Niewiele wiemy o Franku. Kim był przed wojną? Jego cztery lata wojskowej służby poznajemy z jego krótkiej relacji i jednej sceny, w której zmusza dwóch niemieckich jeńców do wykopania własnego grobu, a potem bez mrugnięcia okiem ich zabija. To służba w 45. dywizji piechoty zamieniła go w zimnego rzemieślnika śmierci czy może był taki już wcześniej? Nie wiadomo. Na ekranie widzimy jego rodzinę. Żona, syn, córka, potem kolejne dzieci. Zwykły dom, zwykłe drobne zajęcia i kłopoty. Grany przez De Niro bohater to trochę człowiek bez właściwości, na pewno
nie zwykły żołnierz mafii, ale także nie żadna bardzo ważna figura. Swą pozycję zawdzięcza pracowitości, lojalności i opiece ze strony Bufalino. Gdy ktoś prosi go o przysługę (wiecie już, jakiego rodzaju to przysługi), jest wręcz nieco zakłopotany. Co nie przeszkadza mu w wykonywaniu zleceń bez skrupułów. Frank gra z życiem takimi kartami, jakie mu dano, dwoi się i troi, by ugrać jak najwięcej, ale zawsze pozostanie człowiekiem z drugiego szeregu. Nie tylko dlatego, że nie jest Sycylijczykiem. Przede wszystkim dlatego, że brak mu tej przepotężnej ambicji, żądzy pieniędzy i kariery, która przepełnia wielu innych bohaterów gangsterskich przypowieści Scorsese. Frank nie jest żądnym sławy i fortuny pistoletem w rodzaju tych, do których należał Ray Liotta w „Chłopcach z ferajny”. To jedna z przyczyn, dla których rozkwita jego przyjaźń z Jimmym Hoffą, człowiekiem dumnym, potężnym i o nieograniczonym apetycie na władzę. Każdy wielki człowiek potrzebuje wiernych towarzyszy walki, którzy pozostają w cieniu. Wypróbowanych, lojalnych, uczciwych. Bohaterów drugiego planu. Słowo „lojalność” po raz kolejny pojawia się w tych rozważaniach. Frank tych lojalności ma kilka. Jak umie troszczy się o swych bliskich. Z jakim efektem – zobaczycie. Szybko staje się prawą ręką Hoffy (ich rodziny zaprzyjaźniają się ze sobą). Jednocześnie jego główna lojalność leży gdzie indziej – w mrocznych kręgach, których personifikacją jest jego mafijny mentor Bufalino. Konflikt jest zatem nieuchronny.
Mafia odgrywa w „Irlandczyku” rolę podobną do tej, którą w antycznych tragediach odgrywał nieubłagany los. Scorsese prowadzi swą opowieść do nieuchronnego końca. Frankowi Sheeranowi przeznaczona jest rola tego, który przeżyje swych wrogów i przyjaciół, który patrzy, jak przemijają chwała i bogactwo. Starzejący się gangsterzy dzielą się w więzieniu chlebem i winem. Coraz więcej czasu spędzają w kaplicy. Niektórzy spowiadają się ze swych grzechów. A Frank? Czy rozumie w pełni swój los i konsekwencje swoich wyborów? W ostatnich partiach nowego filmu Scorsese historia o sprzecznych lojalnościach i występkach mafijnego cyngla zamienia się w rozważanie o ludzkim losie w ogóle. Cóż uczyniliśmy ze swym życiem? Czy było warto? Czy rozumieliśmy, co tak naprawdę było ważne, czy tego, co ważne, na własne życzenie nie zdradziliśmy i nie straciliśmy? A czy z perspektywy czasu zrozumiemy? Młoda pielęgniarka rozmawiająca z Frankiem nie wie, kim był Jimmy Hoffa. O bossach przestępczego świata, o dawnych królach życia pamiętają już tylko najbardziej uparci agenci FBI. Wszyscy, z którymi Frank szedł przez życie, trafili już do grobu. Pył i proch, marność nad marnościami. Okrutny mistrz opowieści Scorsese, wprowadzając wcześniej na scenę poszczególne drugoplanowe postacie, opatruje je od razu krótkimi notkami – ten dostał trzy kulki w łeb, ten sześć, tamten odsiadywał karę stu lat więzienia. Tylko ze starych zdjęć uśmiechają się do Franka jego córka, jego żona, jego przyjaciel. WYZNANIE WIN Frank żyje i pamięta. A jego brzemię staje się cięższe z biegiem lat, bo wszystkie grzechy własne i dawnych kompanów dźwiga w swym sumieniu. Szuka pociechy w rozmowach z księdzem, ale nawet przed nim nie potrafi się otworzyć. Dlatego że postanowił być lojalny aż do bramy piekieł? Dlatego że nie rozumie głębi swego upadku? Dlatego że ją pojął i bezgraniczny wstyd go przytłacza? Scorsese stawia pytania, lecz nie udziela odpowiedzi. Nawet największy grzesznik liczyć może na łaskę, odkupienie i życie wieczne. Trzeba jednak wyznać swe grzechy. Na razie jednak, gdy widzimy go po raz ostatni, Frank Sheeran obdarzony jest wiecznością zupełnie inną od tej, o której marzy.
Lwią część budżetu „Irlandczyka” pożarły efekty specjalne. To dlatego, że na potrzeby poszczególnych sekwencji aktorzy zostali komputerowo odmłodzeni, a tam, gdzie było trzeba, także postarzeni fot. materiały prasowe