Akcja sequela „Pacific Rim” rozgrywa się dekadę po wydarzeniach z pierwszej części: ludzkość chce powierzyć bezpieczeństwo systemowi dronów o niejasnym pochodzeniu, a swojego miejsca w życiu szuka Jake Pentecost, syn bohatera wojny z kaijū. Najjaśniejszym punktem jest John Boyega, natomiast jaegery, potwory z innego wymiaru i para skłóconych naukowców to elementy znane z poprzednika. Główna słabość to brak serca i inwencji — zamiast sympatycznej rozrywki powstało rozczarowujące widowisko, choć ciąg dalszy wydaje się przesądzony.
Po sukcesie filmu „Pacific Rim” (2013) reżyser Guillermo del Toro zapowiadał osadzoną w tym świecie trylogię. Szkoda, że nie miał czasu sam się tym zająć, bo „dwójka” rozczarowuje. Rzecz dzieje się 10 lat później, ludzkość chce zawierzyć swoje bezpieczeństwo nowemu systemowi dronów, nieświadoma faktu, w czyim interesie została opracowana i przede wszystkim, skąd się wzięła przełomowa technologia. Tymczasem swojego miejsca w życiu szuka Jake Pentecost, syn bohatera wojny z kaijū. Grający go John Boyega to najjaśniejszy punkt filmu. Resztę można pamiętać z pierwszej części. Wielkie roboty (jaegery), potwory z inego wymiaru czyhające na Ziemię, plus para ekscentrycznych naukowców, którzy działali ręka w rękę, a teraz stoją po przeciwnych stronach. To mógł być sympatyczny kawałek rozrywki, ale twórcom zabrakło serca i inwencji. Mimo to ciąg dalszy wydaje się przesądzony.