ReżyseriaDavid Wiener
WystępująJessica Brown Findlay, Alden Ehrenreich, Harry Lloyd, Demi Moore
Rok produkcji2020

Efektowna i dobrze zagrana adaptacja pokazuje kastowy Nowy Londyn, w którym szczęście wymuszają soma, orgie i sieć pełnej kontroli Indra. Piotr Gociek chwali realizację oraz część uwspółcześnień, lecz zarzuca twórcom zdradę ducha Huxleya: zastąpienie krytyki eugeniki wtórnym buntem sztucznej inteligencji, redukcję Johna Dzikusa i podporządkowanie opowieści współczesnym obsesjom ideologicznym.

K

reator serialu „Nowy wspaniały świat” opowiada w wywiadach, że książki Aldousa Huxleya nie da się dziś czytać, taka jest przestarzała. Stąd decyzje o dołożeniu do opowieści rozmaitych elementów, przy czym David Wiener przekonany jest, że kluczowe punkty słynnej antyutopii zostały zachowane. Odpowiem: nie ma obowiązku ekranizowania książek, które się komuś nie podobają, można było wybrać inną. Co do zachowania kluczowych punktów – do spraw powierzchownych być może, gdy zstąpimy do głębi – nie bardzo. Przedsięwzięcie jest ciekawe i w wielu miejscach podczas oglądania dziewięciu odcinków serialu Wienera ręce składały

mi się do oklasków. Niemal równie często ogarniała mnie irytacja. Za to pomieszanie z poplątaniem odpowiadają niezdecydowanie i brak odwagi twórców. Mogli pójść ambitnie: robimy ekranizację nowoczesną w środkach wyrazu i wierną duchowi powieści. Mogli pójść cynicznie: bierzemy znany tytuł (połowa sukcesu w świecie przepełnionym informacyjnym chaosem), wypruwamy zawartość i wkładamy swoje. Stanęli w pół kroku: udają, że Huxleya rozumieją i adaptują do wymogów XXI stulecia, sporo z niego pożyczyli, ale tak naprawdę widać, że w głowach mieli coś zupełnie innego – ochotę na nakręcenie własnego skrzyżowania serialu „Westworld” z najlepszymi odcinkami „Black Mirror”. Zacznę od tego, co warte pochwał. „Nowy wspaniały świat” (w Polsce dostępny na Netflixie, ale wyprodukowany przez streamingowe ramię NBCUniversal, streamingowy serwis Peacock) to serial poważny, dla dorosłego widza, żadne tam kolejne babranie się w lirycznych opowiastkach young adult z elementami SF albo reanimowanie kolejnych superbohaterów z komiksów. Poważne były też włożone w niego pieniądze, bo wygląda zacnie, niejeden kinowy film mógłby pozazdrościć.

Bardzo dobra jest obsada, a aktorzy dają radę: Leninę Crowne, urodziwą mieszkankę Nowego Londynu, gra Jessica Brown Findlay (jest w niej urok młodej Scarlett Johansson), Dzikusem, który zagrozi porządkowi nowego społeczeństwa, jest Alden Ehrenreich (niedawno młody Han Solo, wcześniej w „Hail, Caesar!” braci Coen), który pokazuje i talent, i charyzmę. W dwulicowego Bernarda Marxa wciela się znany z „Gry o tron” Harry Lloyd. Najciekawszą z ról drugoplanowych dostała Demi Moore – zapewniam, że zaskoczy was i zadziwi. Efekty specjalne są na poziomie, robota kostiumografów i projektantów wnętrz – bardzo dobra. Niezła jest muzyka. Długo wydaje się, że dostajemy uwspółcześnioną, ale jednak opowieść w duchu Huxleya. W Nowym Londynie, imponującej architekturą i cudami technologii metropolii przyszłości, żyje społeczeństwo segregowane jeszcze przed urodzeniem. Każdy rodzi się przypisany do swojej klasy – jeśli jesteś Alfą, to znajdujesz się na szczycie, jeśli Betą – to służysz Alfom i tak dalej w dół, gdzie u podstaw piramidy znajdziemy prostaczków z klas Epsilon i Gamma. To, czego nie załatwiło właściwe urodzenie, korygowane jest warunkowaniem w dzieciństwie.

Twórcy serialu „Nowy wspaniały świat” próbują połączyć przesłanie powieści Aldousa Huxleya i współczesne obsesje lewicy. Ze zmiennym szczęściem

W Nowym Londynie wszyscy mają obowiązek być szczęśliwi, monogamia uważana jest za przestępstwo, bo „każdy należy do każdego” (to akurat dosłowny cytat z Huxleya). Zamiast sztuki jest tylko popkultura najgorszego sortu – hipnotyzujące melodie towarzyszące orgiom. Książki to zapomniany przeżytek. O odpowiedni poziom szczęśliwości obywatele dbają także dzięki somie – substancji tyleż uszczęśliwiającej, co otępiającej. Jednym z najlepszych chwytów uświadamiających widzowi sztuczność świata przedstawionego, ową wymuszoną utopijność, jest nieustanne klikanie tubek, z których mieszkańcy Nowego Londynu dozują sobie pastylki somy. Na razie brzmi to po huxleyowsku, także wtedy, gdy fabuła zabiera bohaterów do rezerwatu dzikusów, leżącego w Ameryce. Tutaj już mamy istotną zmianę wymuszoną wymogami politycznej poprawności: u Huxleya był to rezerwat Indian i ich szamanów, w serialu dostajemy park rozrywki, w którym biała hołota odtwarza ku uciesze turystów obrzydliwe obyczaje z przeszłości. Goście z Nowego Londynu oglądają na własne oczy takie atrakcje jak monogamia, ciąża, ślub, napady rabunkowe czy więzienie. Jednym z mieszkańców

parku jest John Dzikus, który – podobnie jak u Huxleya – trafi wkrótce do Nowego Londynu, by stać się ekscytującą atrakcją dla wiecznie spragnionych nowych wrażeń hedonistów. W pierwszych odcinkach serialu poznajemy świat przyszłości, a potem dzięki udramatyzowaniu wypadków prowadzących do ucieczki Johna Dzikusa do Nowego Londynu dostajemy także sporo akcji. Im dłużej jednak pozostajemy w Nowym Londynie, tym bardziej rzecz robi się rozgadana, no i przede wszystkim coraz bardziej odchodzi od ducha literackiego oryginału. Nie jestem zwolennikiem ekranizacji metodą jeden do jednego, uważam, że bardzo daleko idące zmiany są konieczne przy przenoszeniu literatury do innego medium (właśnie dlatego, że to inne medium, zatem inny język wypowiedzi). Dopóki zachowany jest sens, dopóty zmiany mi nie przeszkadzają. Problem w tym, że David Wiener i jego scenarzyści zdradzają Huxleya, i to dosyć szybko. Jednym z dołożonych do serialu elementów jest połączenie wszystkich mieszkańców Nowego Londynu siecią komputerową – każdy obywatel nosi w oku urządzenie będące jednocześnie odbiornikiem i transmiterem. Inni mogą więc widzieć, co robi i gdzie jest. Sieć Indra – tak się nazywa – to połączenie mediów społecznościowych z systemem pełnej kontroli. Dodatkowy impuls do zatapiania się w ekstatyczne zapomnienie stymulowane orgiami i somą. „Genialne!” – pomyślałem w pierwszej chwili. Doskonałe przełożenie koszmaru przymusowej szczęśliwości na język zrozumiały dla pokolenia TikToka i Twittera! Radość była przedwczesna, a moje wcześniejsze uwagi o podobieństwie do serialu HBO „Westworld” pojawiły się nie bez powodu. Otóż w serialowym „Nowym wspaniałym świecie” to właśnie Indra okazuje się mroczną siłą stojącą za wydarzeniami w Nowym Londynie. Czyli pionierska huxleyowska przypowieść o manowcach, na które prowadzi ludzkość bezkrytyczna wiara w naukę, zamienia się we wtórną opowieść o zbuntowanej sztucznej inteligencji. Ciężki cios dla literackiego oryginału, ale nie musi być śmiertelny – to była moja kolejna myśl. Przecież bijące z ekranu potępienie kultury orgii i wymuszonej szczęśliwości dla totalnej inwigilacji, dla systemu biologicznej segregacji zapewne by się

Huxleyowi podobało. Twórcy seriali brnąć jednak zaczęli w dalsze kłopoty. Potępienia eugeniki właściwie w serialu brak – owszem, dowiadujemy się, że do takich manipulacji dochodzi, ale ostrze krytyki wymierzone jest po marksistowsku, w wyzysk klasowy, a nie w samą koncepcję hodowania odpowiednio spreparowanych osobników ludzkich. Telewizyjny „Nowy wspaniały świat” okazuje się opowieścią o społecznym buncie uciskanych, a nie o biotechnologicznym koszmarze bez wyjścia. John Dzikus, w powieści niosący w sobie resztki dawnej kultury (Szekspira) i tęsknotę za religią, tutaj zredukowany zostaje do jurnego barbarzyńcy, który cierpi głównie z powodu niewierności swej nowolondyńskiej kochanki. Ale przecież u Huxleya to właśnie cierpienia poszukiwał, to właśnie wezwanie: „Chcę mieć prawo do bycia nieszczęśliwym” było aktem największego buntu przeciw systemowi. Elementów religijnych oczywiście brak, nawet podczas szyderczych przedstawień w rezerwacie dzikusów (ceremonii ślubu nie liczę, bo jest pokazywana jako obrzęd społeczny), w końcu gdzieżby tam przyszło do głowy w XXI w. twórcy amerykańskiego serialu, że potrzeba Boga jest dla człowieka naturalna. Pojawia się za to walka płci – Lenina Crowne odkrywa, że jest seksualną zabawką dla samców z wyższej klasy, ale żadnej informacji o tym, że mężczyźni są seksualnymi zabawkami dla kobiet z wyższych klas, już nie znajdziemy. Lenina obwieszcza też, że mężczyźni to pułapka. Ejże, czy my jeszcze jesteśmy w świecie Huxleya czy pism feministycznych? To pomieszanie z poplątaniem sprawia, że mimo wielu świetnych momentów „Nowy wspaniały świat” nigdy nie odnajduje swojego tonu, jest to produkcja rozchwiana, nierówna, rozdarta między próbą zachowania ważnych elementów oryginału a dopisywaniem tego, co aktualnie modne i uważane za słuszne. Zemściło się to na twórcach, którzy mocno poszachrowali pod koniec pierwszego sezonu, licząc, że budują fundamenty pod następne. Koniec i bomba, kto oglądał, ten trąba – kilka dni temu NBCUniversal ogłosiło, że sezonu drugiego nie będzie. Zatem nie opłaciło się ani kastrowanie Huxleya, ani podlizywanie się współczesnym modom. Ku pamięci, szanowni państwo, ku pamięci.

← PoprzedniaNastępna →