Sześcioodcinkowy dokument śledzi narodziny i rozwój QAnon, oddając głos jego zwolennikom oraz ludziom związanym z serwisem 8chan, a zarazem próbując ustalić tożsamość tajemniczego Q. Piotr Gociek docenia rozmach trzyletniego śledztwa i dostęp do bohaterów, lecz zarzuca Cullenowi Hobackowi skupienie się na pytaniu "kto?" kosztem ważniejszego "w jakim celu?" oraz pominięcie możliwych manipulacji ruchem i politycznych interesów stojących za jego eskalacją.
T
rzy lata pracy, setki wywiadów, temat, który z gorącego stał się wręcz parzący po szturmie na Kapitol. A jednak zamiast podziwu nad dziennikarską robotą przeważa w mych myślach rozczarowanie. Jest też trochę obawy. Bo serial dokumentalny „Q: Nadchodzi burza” mimo całego wysiłku włożonego w produkcję szuka odpowiedzi na niewłaściwe pytania. Dla tych, którzy o tym fenomenie nie słyszeli: Q to tajemnicza postać (być może grupa ludzi kryjąca się za tym pseudonimem), która od października roku 2017 umieszcza w Internecie informacje płynące rzekomo z najtajniejszych kręgów amerykańskiej polityki i armii. Sam Q ma mieć dostęp do tych sekretów, gdyż w tych kręgach się obraca i ma odpowiedni poziom dostępu do informacji „Q clearance”). Informacje zaś są przerażające: istnieje wielka międzynarodówka przestępcza skupiająca pedofilów, satanistów, handlarzy narkotykami, a w jej szeregach mamy polityków, celebrytów, bankierów i oczywiście przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, którzy to wszystko kryją. Wśród oskarżanych są byli prezydenci, m.in. Bill Clinton czy Barack Obama, jest Hillary Clinton, są także aktorzy
i celebryci. Wszyscy oni mają uprawiać bezpiecznie swój proceder pod osłoną skorumpowanych służb specjalnych. Na szczęście są też na świecie patrioci, którzy szykują kontrofensywę, nadzieja w Donaldzie Trumpie i jego ekipie oraz w specjalnej tajnej grupie działającej wewnątrz amerykańskiej armii. Patrioci już walczą z międzynarodówką zwyrodnialców, a gdy nadejdzie odpowiednia chwila, zaatakują. Ponad 50 tys. zapieczętowanych aktów oskarżenia czeka na chwilę, kiedy wojsko zabierze się do wielkiej operacji (nie po to, by wprowadzić dyktaturę, lecz by „przywrócić porządek”). To będzie właśnie ta burza, na którą czekają wyznawcy ruchu QAnon. Burza, którą miał w jednym z wystąpień zapowiedzieć sam Trump. Oczywiście nie wprost. wyznawcy tajemniczego Q Cullen Hoback, reżyser serii dokumentalnej wyprodukowanej przez HBO, opowiada w pierwszym epizodzie, że postanowił zająć się fenomenem QAnon w chwili, gdy jego zwolennicy zostali zbanowani przez popularny serwis internetowy Reddit, czyli w roku 2018. Od tej chwili przemierzał świat, przyglądając się temu, kim są wyznawcy tajemni-
czego Q, zastanawiając się nad granicą wolności słowa w Internecie, a także stawiając sobie ambitny cel: ustalić i ujawnić, kim jest Q. Świetne są w tym serialu obszerne fragmenty, w których Hoback oddaje głos zwolennikom ruchu QAnon, którzy z ogniem w oczach przekonują, dlaczego Q ma rację, i opowiadają, że dzięki jego komunikatom przejrzeli na oczy. Nie są to tylko zwolennicy prawicy – choć ruch QAnon nagminnie określany jest jako „skrajnie prawicowa konspiracja”. Widzimy m.in. sympatyczne małżeństwo, które od zawsze głosowało na demokratów (podobnie jak cała okolica, w której mieszkają), a kandydaturę Baracka Obamy przyjęło z zaciekawieniem i otwartością (tak, głosowali także na Obamę, choć należą do pogardzanej grupy „white trash”). Otwarcie z Hobackiem rozmawiali także ludzie, od których cała historia się zaczęła, to znaczy twórcy i właściciele strony internetowej 8chan, którą z nieznanych powodów Q wybrał jako jedyne miejsce w sieci, w którym będzie publikował swoje sensacje. Dodam, że zdaniem twórców serialu to właśnie jeden z nich jest prawdziwym Q, a dowodem w sprawie ma być jedna z wypowiedzi wyemitowanych w ostatnim odcinku.
Dokumentalny serial HBO „Q: Nadchodzi burza” pokazuje fenomen najbardziej wpływowej teorii spiskowej naszych czasów, ale nie przybliża nas do kluczowych odpowiedzi
Jak jest naprawdę – tego nie wiem. Oczywiście rację ma Hoback, gdy zauważa, że to, co zaczęło się jako niewinna gra, kończy się tragedią. Ekipa serialu towarzyszyła demonstrantom wdzierającym się na Kapitol, a nad zadymiarzami powiewały flagi z symbolem „QAnon”. Polała się krew, doszło do przemocy i ataku na symbol amerykańskiej demokracji. Oczywiście byłoby dobrze wiedzieć, kto wymyślił postać Q i jest autorem wieloznacznych, umożliwiających rozmaite interpretacje komunikatów. A jednak będę utrzymywał, że Hoback szuka odpowiedzi na niewłaściwe pytania. Bo oprócz tego: „Kto?”, powinno nas interesować: „W jakim celu?”.
Wyczyny internetowych świrów Można potraktować całą sprawę jako gigantyczny żart. W takim przypadku celu nie było. To znaczy żadnego ukrytego celu poza rozgłosem twórcy/twórców całej mistyfikacji. Żart przestaje być śmieszny w chwili, gdy sprawy wymykają się spod kontroli. To ważne pytanie numer dwa: Kto odpowiada za to, że wymknęły się spod kontroli? Narzuca się odpowiedź oczywista: rzesze naiwnych
(miliony fanów QAnon), które w Internecie dopisywały do komunikatów Q rozmaite ciągi dalsze i interpretacje. Ale czy tylko oni? Nie od dziś wiemy, jak łatwo jest manipulować nastrojami w Internecie. Może ktoś wykorzystał okazję i spróbował odpowiednio całą burzę ukierunkować. Kto? Obiegowa opinia – to znaczy najczęściej powtarzana w mediach lewicy – to ta, że wszystko jest dziełem Donalda Trumpa lub jego bliskich współpracowników. Albo przynajmniej jakichś zaprzysięgłych wyznawców Trumpa w najgorszym przypadku. W jakim celu? Żeby scementować zwolenników Trumpa, dać im powód, by z wyborców stali się wyznawcami, wierzącymi, że on jeden może oczyścić waszyngtońską stajnię Augiasza. Pojawiają się też sugestie, że to dla Trumpa „alternatywny kanał komunikowania się ze zwolennikami”. Ale dlaczego akurat od jesieni 2017 r.? Czyżby już wtedy Trump przewidywał, że trzy lata później Facebook i Twitter zawieszą jego konta? A mnie przypomina się stara metoda carskiej ochrany, która uważała, że świetną metodą rozbijania spisków opozycyjnych jest tworzenie własnych spisków, dziwnym trafem radykalniejszych od już istniejących. Nie inaczej postępowała sowiecka bezpieka. Może więc ruch QAnon od pewnego momentu jest wykorzystywany, by kompromitować zwolenników Trumpa? Zauważmy, że nawet jeśli nie, to i tak atak na Trumpa i jego wyborców metodą „bo to wszystko wariaci od QAnon” trwa. Wyczyny internetowych świrów sprawiają, że to konserwatyści i republikanie muszą się nieustannie tłumaczyć i odcinać. A liberałowie dostali pyszną wymówkę: teraz na każde pytanie o zdrowie Bidena, polityczną agendę Kamali Harris albo dawne interesy Clintonów mogą, omijając meritum, odpowiadać kpiąco: „A co, może jeszcze wierzysz, że składają ofiary z ludzi?”. Nie twierdzę, że to koniecznie Rosja/Chiny/Korea Północna/demokraci (wpiszcie tu, co chcecie) stoją za powstaniem ruchu QAnon. Zauważam jedynie, że w grze może być więcej interesów, niż się na pozór wydaje. A historia uczy, że niejedna niszowa inicjatywa ekstremistów była przejmowa-
na i wykorzystywana przez poważniejszych graczy. Myślę sobie też, że gdyby za wszystkim stał Trump, to znając jego specyficzne podejście do własnych sojuszników i podwładnych, już dawno temu jakiś obrażony czy wyrzucony osobnik podzieliłby się wiedzą na temat spisku. Ciekawi mnie także, czy z powodu wskazywania przez amerykańskie służby zagrożenia ekstremistycznego czy wręcz terrorystycznego w związku z działalnością QAnon jacyś dzielni rządowi kodołamacze wjechali w serwery 8chan, by sprawdzić, kto tak naprawdę za tym stoi. I co im z tego wyszło? No bo przecież skoro zagrożenie jest realne, to i działania w tej sprawie powinny być realne, nieprawdaż? Baz wątpienia cała histeria wokół ruchu QAnon (a także histeria – nie boję się użyć tego słowa – wielu jego uczestników) to dowód na to, jak wielu jest dziś ludzi kompletnie zagubionych w świecie poszatkowanych informacji, baniek mediów społecznościowych i upadku prawdy. W świecie, w którym liczą się już tylko manipulacje, narracje i emocje. Inna sprawa, że wszyscy szydzący z qanonowców powinni sobie zadać pytanie, czy to marzenie o zbawcach, którzy wymierzą wreszcie kary grzesznikom ze znienawidzonego establishmentu, nie jest przypadkiem dowodem na to, że establishment ma kłopot z samooczyszczeniem. Nie, nie mam na myśli satanizmu i kanibalizmu. Ale zapytam: Ileż lat czekał na aresztowanie Jeffrey Epstein? A w kwestii realnych zagrożeń – wydaje się, że niestety jedyną konsekwencją całej sprawy QAnon będzie dalsze dokręcanie śruby w Internecie, cenzura pod pozorem walki z treściami ekstremistycznymi. W materiałach reklamujących serial HBO czytamy, że jego twórca stawia „pytania o konsekwencje nieskrępowanej wolności słowa, która przenika z najciemniejszych zakątków Internetu”. Wolność słowa warta jest coś tylko wtedy, kiedy jest nieskrępowana. A jeśli ktoś jej nadużywa, prowadząc do zbrodniczych konsekwencji, to jest to sprawa dla sądów, a nie dla władz Twittera, Facebooka, dziennikarzy z Waszyngtonu i scenarzystów dokumentów HBO.