Satyra Adama McKaya o astronomach bezskutecznie ostrzegających świat przed katastrofą okazuje się pusta i pretensjonalna mimo gwiazdorskiej obsady. Jej diagnoza — prawda nie przebija się przez media, a rozrywka zabija informację — jest słuszna, lecz spóźniona o dekady i pozbawiona oryginalności czy humoru „Big Short”. Wybitni aktorzy się męczą, rola DiCaprio wypada nijako; bronią się tylko Meryl Streep i Jonah Hill. Główną słabością jest dydaktyzm i poczucie wyższości, przez które celne szyderstwo osuwa się w zwykłą pogardę.
Być może najbardziej lubimy piosenki, które już znamy, ale kiedy ktoś próbuje jako wielką nowość przedstawiać nam rewelacje, które już od dawna znamy, mamy prawo czuć się nabici w butelkę. Tak jest z najnowszym filmem Adama McKaya „Nie patrz w górę”, który kusi wielkimi nazwiskami w obsadzie, a okazuje się pusty i pretensjonalny jak przemówienie prowincjonalnego polityka o zbyt wielkich ambicjach. McKay wyszedł ze środowiska komediowego programu „Saturday Night Live”, nakręcił serię świetnych komedii z Willem Ferrellem (od „Legendy telewizji” do „Policji zastępczej”), a potem do anarchicznego poczucia humoru dołożył jeszcze ciętą obserwację społeczną i błysnął filmem „Big Short”. W opowieści o wiceprezydencie USA Dicku Cheneyu („Vice”) już było widać oznaki słabości – nikt nie musi znać się na wszystkim; McKay na meandrach polityki zna się umiarkowanie. „Nie patrz w górę” dowodzi, że równie umiarkowanie potrafi analizować mechanizmy rządzące współczesnością. O czym bowiem w istocie jest jego przypowieść o astronomach, którzy na próżno próbują ostrzec świat przed nadchodzącą katastrofą? Ano o tym, że prawda nie przebije się przez media, że rozrywka zabija informację i że w nosie mamy przyszłość. Wszystko to jest diagnozą wielce słuszną, ale spóźnioną o parę dekad. Co nie byłoby jeszcze zarzutem, gdyby oczywiste oczywistości potrafił McKay przedstawić w oryginalny i zabawny sposób
(tak jak czynił to w filmie „Big Short”). Nic z tego, wybitni aktorzy męczą się u niego okrutnie. Czy ktoś mógłby przypuszczać, że zobaczy jeszcze rolę Leonarda DiCaprio, do której pasuje tylko słowo „nijaka”? Broni się (umiarkowanie) Meryl Streep jako prezydent USA, ale ona potrafiłaby zabrać nawet kometę, przed której upadkiem przestrzegają główni bohaterowie filmu. Broni się Jonah Hill jako jej syn i zarazem szef gabinetu. Cała reszta to zmarnowany potencjał; te żarciki o głupkowatych talk-show i o politykach, którzy patrzą tylko na sondaże, ten nieznośny smrodek dydaktyzmu: wicie, rozumicie, może byście powalczyli z globalnym ociepleniem. Poczucie wyższości i dobra satyra nie idą ze sobą w parze. I jest różnica między celnym, bolesnym szyderstwem a zwykłą pogardą. Największą katastrofą w tym filmie katastroficznym jest to, że jego twórca nie zauważył, jak się ześlizguje w pogardę.