ReżyseriaGuillermo del Toro i Mark Gustafson
WystępująEwan McGregor, David Bradley
Rok produkcji2022

Technicznie zachwycająca animacja odwraca zdaniem autora moralne przesłanie Collodiego, zamieniając Pinokia w ideologiczną pochwałę buntu i odrzucenia wszelkich hierarchii.

„Pinokio” Carla Collodiego to opowieść o przemianie z istoty bezdusznej w istotę moralną, drewniany chłopiec musi zrozumieć, że istnieje różnica między dobrem i złem, a także nauczyć się wybierać właściwie. Jest to więc także podróż od stanu barbarzyństwa do cywilizacji. Guillermo del Toro w swojej wersji odwraca to przesłanie: Pinokio jest chwalony za to, że jest chłopcem nieposłusznym, gdyby był posłuszny, to oznaczałoby, że jest z nim coś nie w porządku. Nieszczęsny stolarz Gepetto zamiast przyczynić się bezbrzeżną ojcowską miłością i cierpliwością do przemiany Pinokia, ma zrozumieć, że go nie zmieni i że taka zmiana byłaby zgubna, oraz pokochać go takim, jaki jest. Nowa, animowana poklatkowo (cóż z tego, że wspaniale) wersja ukochanej bajki zamienia się w lewacki manifest: kto posłuszny, ten faszysta; patriarchat to faszyzm; faszystowskie ciągoty przejawia też twój rodzic, jeśli wytknie ci, że zachowujesz się niestosownie. Żeby aluzje były nie tylko jasne, lecz także toporne jak pieniek, z którego powstał pajacyk, akcję filmu przeniesiono w czasy włoskiego faszyzmu, zresztą Mussolini się tu osobiście pojawia. Aha, no i jeszcze jedna ważna rzecz: to, co najgorsze, przydarzy ci się w kościele. Hulaj dusza, piekła nie ma, nietzscheański Pinokio sam sobie wybierze przykazania, których będzie przestrzegał. A jeśli nie wybierze żadnych, to też go trzeba zaakceptować, bo bunt jest wartością najwyższą. Jeśli ktoś zastanawiał się, jak daleko sięgnie rewolucja kontrkulturowa, oto odpowiedź: nikt i nic nie jest bezpieczne, nicowanie sięgnie każdego kulturowego kodu, każdego kawałka klasyki, nieważne, czy dla dorosłych czy dziecięcej. Film Guillermo del Toro to dzieło tyleż zachwycające technicznie, co przygnębiające i niepotrzebne. Pochwała rebelii, która zamienia się w pochwałę dzikusa, bo tym przecież skończyć się musi wyrzucenie do kosza wszystkich hierarchii i przekonywanie, że każda forma posłuszeństwa to zbrodnia. Odrobina przyzwoitości wymagałaby, żeby del Toro obył się bez szyldu „Pinokio”, bo jego film nie ma nic wspólnego z książką Collodiego. Ale cwany reżyser tego nie zrobił, bo wie, że publikę łatwiej skusić głośnym tytułem niż prywatnymi manifestami. Przesłanie zatem można wyciąć, a chwytliwy szyld się zostawia, bo bunt kończy się tam, gdzie zaczyna się kasa.

← PoprzedniaNastępna →