Osadzona w Berlinie połowy XXI wieku historia niemego barmana, który po tajemniczym zniknięciu ukochanej kelnerki próbuje wyjaśnić zagadkę, splata się z wątkiem dwóch amerykańskich dezerterów pracujących dla mafii. Główną słabością filmu jest scenariusz: nie ma żadnego powodu, by kryminalno-rodzinną intrygę zamieniać w thriller SF, a historia opowiedziana jest bez tempa i bez nastroju. Większość postaci bardziej irytuje, niż przykuwa uwagę, aktorzy męczą się, nie wiedząc, co grać, i bronią się jedynie efektowne dekoracje.
Barman niemowa zakochany (z wzajemnością) w pięknej kelnerce po jej tajemniczym zniknięciu próbuje poruszyć niebo i ziemię, by wyjaśnić tę zagadkę. Dwóch amerykańskich weteranów z Afganistanu (i przy okazji dezerterów) pracuje dla mafii – jeden z nich, ojciec małej dziewczynki, chce w ten sposób zarobić na lewe papiery i ucieczkę z Niemiec. Rzecz dzieje się bowiem w Berlinie połowy XXI stulecia, który wygląda trochę jak plan serialu „Modyfikowany węgiel”, a trochę jak „Blade Runner”. Chociaż jest to wyśniony projekt Douglasa Jonesa, to tym razem reżyser „Moon” nie dał rady. Scenariusz jest słabiutki, a co gorsza – nie ma żadnego powodu, dla którego kryminalno-rodzinną intrygę należało zamieniać w thriller SF. Materiał na B-klasowy kryminał rozsypuje się jeszcze bardziej w rękach reżysera, bo historia opowiedziana jest bez tempa i bez nastroju, a większość postaci bardziej irytuje, niż przykuwa uwagę. Zostały efektowne dekoracje, trochę scen jak z pornosów BDSM i aktorzy, którzy się męczą, bo nie wiedzą, co grać.