ReżyseriaBarry Jenkins
WystępująTrevante Rhodes, Ashton Sanders, Naomie Harris, Mahershala Ali
Rok produkcji2016

Historia Chirona ukazuje w trzech częściach jego dzieciństwo, dorastanie i wczesną dorosłość w ubogiej dzielnicy Miami, naznaczone trudną relacją z uzależnioną matką, szkolną przemocą, samotnością i odkrywaniem własnej orientacji. Mocnymi stronami są brak agitacyjnego tonu, wrażliwość, sugestywne zdjęcia, niewidoczny montaż, oszczędna muzyka i znakomite poprowadzenie trzech aktorów wcielających się w Chirona. To wysmakowane, ambitne kino z sercem — uniwersalna opowieść o wyobcowaniu i miłości.

Dorastanie to ciężki czas. Co dopiero kiedy jest się jednocześnie biednym, czarnym i gejem? To zdanie właściwie wyczerpuje dyskusję o filmie „Moonlight”, jeśli chodzi o pytanie: „A co to właściwie za opowieść?”. Jednak spory dopiero się rozkręcają i pewnie przybiorą na sile za kilkanaście dni, kiedy poznamy tego­ roczne werdykty amerykańskiej Akademii Filmowej. „Moonlight” to niespodziewane wydarzenie sezonu w USA – zdobył Złoty Glob dla najlepszego filmu, ma osiem nominacji do Oscara i półtorej setki rozmaitych innych nagród na koncie. A jest dziełem reżysera właściwie znikąd – urodzony w 1979 r., debiutował w krótkim metrażu w roku 2003. Od tej pory nakręcił kilka „shortów” i w 2008 r. jeden skromny, arthouse’owy film „Medicine for Melancholy” (nie mylić z opowiadaniem Raya Bradbury’ego o tym samym tytule). Teraz Jenkins z dnia na dzień stał się twórcą, do którego ustawiają się kolejki żądnych wywiadu dziennikarzy, a jego kolejny projekt zapowiada się

wielce ciekawie – ma to być ekranizacja znakomitej powieści graficznej Willa Eisnera „Umowa z Bogiem”. OSCAR RÓWNOŚCIOWY O honorach już wspomniano, teraz o sporach – po ciągnącej się w ostatnich latach awanturze wywołanej oskarżeniami Akademii Filmowej o rasizm, jej przedstawiciele zapowiedzieli, że będą przyznawać nominacje i nagrody w sposób bardziej zróżnicowany. Za tym sformułowaniem kryje się po prostu obietnica, że będzie więcej wyróżnień dla czarnoskórych aktorów, reżyserów i ich filmów (nie tylko o tych chodzi, mowa w ogóle o „zróżnicowaniu”, czyli dopieszczeniu Latynosów, Azjatów, mniejszości seksualnych itd.). Gdy wziąć pod uwagę te deklaracje, natychmiast rodzi się pytanie: czy to „Moonlight” jest tak dobry, czy po prostu trzeba było znaleźć kandydata do wymierzenia kwotowej sprawiedliwości? A ten jest idealny – autor czarnoskóry, obsada takoż, w dodatku wątek homoseksualnej miłości. Po prostu Oscar równościowy, nieprawdaż?

Na szczęście „Moonlight” nie jest agitką, a nakręcony został w sposób budzący uznanie. To oczywiście nie jest film dla bardzo szerokiej publiczności, większość typowych widzów będzie sarkać (o ile nie odstraszy ich hasło: „Historia biednego, czarnego geja”), że nudny, że snuj. Typowa produkcja festiwalowa, chciałoby się powiedzieć. Skoro jednak mamy odkładać na bok uprzedzenia, to oprócz ewentualnych rasowych porzućmy i te komercyjne. I przyznajmy, że kino może być sztuką, a nie tylko kawałkiem puzzli pt. „Ile dochodów w box offisie?”. Chociaż – gwoli ścisłości – warto zauważyć, że i w tej kategorii „Moonlight” poradził sobie znakomicie. Nakręcony za 5 mln dol. (kwota jak na amerykańskie standardy wręcz obraźliwie niska) przyniósł już ponad 20 mln dol. wpływów. Może po prostu biały przemysł filmowy nie docenia potencjału rynku etnicznego? Przecież rok temu niechciany przez Warner Bros z powodu zbyt dużego ryzyka i pokaźnego budżetu „Straight Outta Compton” okazał się najbardziej

„Moonlight” to jeden z najgłośniejszych filmów roku. Czy rzeczywiście także jeden z najbardziej kontrowersyjnych?

kasowym filmem w historii nakręconym przez czarnoskórego reżysera. Swoją drogą – czy sam fakt prowadzenia takich statystyk nie jest już objawem rasizmu? TRUDNE RELACJE Z MATKĄ Dajmy spokój rozważaniom o rasie i uprzedzeniach, spójrzmy na film. Skromny, ale nakręcony pewną ręką „Moonlight” to historia czarnoskórego chłopaka imieniem Chiron, którego dzieje poznajemy w trzech odsłonach – dziecko, licealista, człowiek dorosły. Niemal jak u Lwa Tołstoja. Pamiętają państwo jego wspomnienia: „Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość”? Słowo „wspomnienia” też pasuje, bo w wywiadach reżyser opowiada, jak wychował się na tym samym przedmieściu, w którym mieszka jego bohater (Liberty City, zamieszkana przez czarnoskórych biedna dzielnica Miami). I podobnie jak Chiron miał Barry Jenkins trudne relacje z matką. W części pierwszej („Mały”) prócz matki, która niespecjalnie interesuje się wychowaniem syna (w tym czasie zarabia na narkotyki numerkami z przygodnymi znajomymi), najważniejszą osobą w życiu Chirona okazuje się poznany przypadkowo diler – Juan. Gra go nominowany do Oscara Mahershala Ali (charyzmatyczny lobbysta Remy Danton z „House of Cards”). Juan z jakiegoś powodu współczuje dzieciakowi i próbuje nieco (przy sprzeciwie biologicznej matki) zastąpić mu ojca. Gdy domem dzieciaka trzęsą awantury, może szukać schronienia u Juana. Ten uczy dzieciaka pływać, zachowywać się przy stole i prowadzi z nim poważniejsze męsko-męskie (no, chłopięco-męskie) dyskusje o życiu. Chłopak jest zamknięty w sobie, nieufny, dręczony przez rówieśników. W części drugiej („Chiron”) nasz bohater jest już nastolatkiem, którego życie wygląda tak jak kilka lat wcześniej, ale bardziej. W nowej szkole jeszcze bardziej dają mu się we znaki prześladowcy, matka przemienia się w rozedrganą, agresywną ćpunkę, a spokojny kąt dalej może znaleźć u Juana, tyle tylko że jego dorosły przyjaciel już nie żyje (nie wiemy, jak zginął, w domyśle padł ofiarą jakichś bandyckich porachunków). Wdowa po Juanie, Teresa, jest ostatnim dorosłym, jakiemu ufa Chiron. Do czasu. W części drugiej dojdzie także do wydarzeń, które na zawsze odmienią życie bohatera. Część trzecia („Czarny”) to już wczesna dorosłość Chirona, a akcja przenosi się

z Miami do Atlanty. Oczywiście we wszystkich segmentach postać tę odtwarza inny aktor. Małego Chirona gra debiutant Alex R. Hibbert, nastoletniego – Ashton Sanders, a dorosłego – Trevante Rhodes. Cała trójka spisuje się bardzo dobrze, zaś ten ostatni wręcz świetnie, wplatając w rolę charakterystyczne ruchy i spojrzenia młodszych kolegów. Iluzja jest pełna, wierzymy całkowicie, że to jedna i ta sama osoba w różnych fazach życia. Imponujący jest sposób, w jaki film został opowiedziany obrazem i zmontowany. Kamera, często z ręki, podąża za bohaterem, kadry bywają piękne, lecz nie ma w nich żadnego efekciarstwa – po prostu służą temu, by jak najlepiej opowiedzieć historię i ewolucję bohatera. Montaż pomaga w tej opowieści do tego stopnia, że staje się niezauważalny, na dobrą sprawę zdajemy sobie sprawę z przerw w opowieści dopiero wtedy, gdy następuje wyciemnienie obrazu pomiędzy częściami. Nominacja oscarowa dla Jamesa Laxtona za zdjęcia jest w pełni zasłużona, podobnie jak ta dla duetu Joi McMillon i Nat Sanders za montaż. Oszczędna muzyka Nicholasa Britella („Big Short”, „Opowieść o miłości i mroku”) też robi wrażenie. Reżyser Barry Jenkins zafascynowany jest nowym kinem azjatyckim i francuską Nową Falą, nie rysuje storyboardów do filmu, daje współpracownikom dużo miejsca na własną inwencję, ale cały czas panuje nad materiałem. Film jest estetycznie bardzo dopieszczony i nie jest to żaden hollywoodzki glamour. Kolejny plus. No i bardzo odświeżające jest oglądanie zwykłych ludzi rozmawiających o zwykłych kłopotach, a nie jakichś pacynek przestawianych na tle greenboxów. Ta codzienność getta zirytowała zresztą część krytyków – co ciekawe, głównie czarnoskórych, którzy wyrzucają autorowi, że co postać – to stereotyp. Wspomniano już na początku – na szczęście „Moonlight” nie jest agitką i stereotypy w oglądaniu nie przeszkadzają. Jenkins nie piętnuje, nie podżega, nie załamuje rąk nad losem mieszkańców Liberty City. Po prostu pokazuje pewien kawałek rzeczywistości, a robi to z talentem i wrażliwością artysty kina. Paradoksem –

ale i dowodem umiejętności reżyserskich Jenkinsa – jest to, że w niektórych momentach widz będzie narzekał, że ukazane na ekranie postacie nie są nazbyt oryginalne czy barwne, ale jednocześnie będzie miał kłopot z oderwaniem się od sugestywnego tonu opowieści. Chociaż mamy tu stereotypową toksyczną matkę i stereotypowych szkolnych prześladowców, tudzież nazbyt uszlachetnionego dilera narkotyków, to nie jest opowieść o nich. To tylko dekoracja. AMBITNE KINO Z SERCEM A o czym to film w takim razie? W pierwszej scenie z udziałem Chirona widzimy, jak ucieka przed dzieciakami ze szkoły wołającymi: „Łapać pedała!”. Wśród równolatków ma jednak także sojusznika – kumpla imieniem Kevin. Od pierwszej rozmowy między nimi widać, że dla Chirona jest on (mógłby być) kimś więcej niż powiernikiem czy kolegą. I widzimy także, że sam Kevin nie ma o tym zielonego pojęcia. Sytuacja zagęści się w części drugiej (szkoła średnia), wyjaśni zaś w finale, ale cała kwestia jest potraktowana z wielkim wyczuciem i wrażliwością. Odludek Chiron jest wyobcowany na kilka sposobów – orientacja homoseksualna, z której zresztą na początku nie zdaje sobie sprawy – to tylko jedna ze szklanych szyb oddzielających go od reszty świata. I na dobrą sprawę, kiedy po seansie przez chwilę się zastanowimy, łatwo wyobrazimy sobie podobną fabułę, która obeszłaby się bez wątku homoseksualnego. Być samotnym oraz wyalienowanym można bowiem na wiele sposobów i z wielu przyczyn. A delikatność, z jaką rzecz potraktowano, przypomina trochę zapomniany już dziś obraz Hectora Babenco „Pocałunek kobiety pająka” (1985), z kolei opowiadanie obrazem i montażem – „Spragnionych miłości” (2000) Wong Kar Waia. Piękno kryje się w oku obserwatora – przypomina Barry Jenkins (stąd wzięła się w filmie przypowieść o świetle księżyca). Efekt? Film o miłości, sprawa płci nie ma tutaj znaczenia. Czy to wystarczy na wielkie kino? Tak bym „Moonlightu” nie nazwał. Jednak wysmakowane, ambitne kino z sercem – na pewno.

← PoprzedniaNastępna →