Dorosłe rodzeństwo Banksów zmaga się z problemami czasów wielkiego kryzysu, gdy do domu przy Czereśniowej 17 powraca magiczna niania. Film Roba Marshalla działa jednocześnie jako sequel, remake i hołd dla klasyka z 1964 roku, wykorzystując znaną konstrukcję w nowych przygodach, piosenkach i rozbudowanych sekwencjach tanecznych. Emily Blunt nadaje Mary Poppins ujmującą surowość, a widowiskowa oprawa i muzyka przywracają rodzinie radość bez gubienia emocjonalnego rdzenia opowieści.
Nowy film o tajemniczej niani to przebojowy musical stanowiący jednocześnie ciąg dalszy i remake słynnego hitu Disneya z 1964 r.
zień przed prasowym pokazem przypomniałem sobie film „Mary Poppins” Roberta Stevensona z 1964 r. Zestarzał się poważnie i w dodatku brzydko. Jego mocną stroną wciąż są znakomite piosenki, Julie Andrews w roli Mary Poppins nadal błyszczy, pojedyncze dialogi czy nawet czasem sceny budzą uśmiech, ale patrząc szerzej, to dzieło uznawane przez lata i dekady za perłę w koronie imperatora
rozrywki Walta Disneya jest dziś po prostu ramotą. Od razu przyznam: tak, mogę być uznany za stronniczego, bo musicale nigdy nie były moją wielką miłością, a i z zakochaniem się w literackim oryginale Pameli L. Travers miałem kłopoty. Kiedy poznałem Mary Poppins, nazywała się jeszcze Agnieszka, bo nie tylko przedwojenne edycje przekładu Ireny Tuwim zawierały tę właśnie wersję jej imienia. Czytałem więc wydania z lat 60. XX w. opatrzone tytułami takimi jak „Agnieszka otwiera drzwi” czy „Agnieszka w parku”, opatrzone uroczymi ilustracjami Marii Orłowskiej-Gabryś. W odróżnieniu od innych dzieł klasyki dziecięcej książki Travers przebijały się do mnie z trudem. Podobały mi się szalone przygody, które wraz z Mary Poppins (przepraszam, Agnieszką) przeżywały dzieci państwa Banksów, natomiast
miałem kłopot z pojęciem podstawowego konceptu. W moim życiu wszyscy dookoła mieli rodziny, w których nianie nie były potrzebne (pomijając drobny fakt, że nikogo nie byłoby na takie stać). O maniery i atmosferę w domu dbali mama z tatą, a jeśli ktoś podawał im pomocną dłoń, to babcie – osoby, bez których dzieciństwa nie sposób sobie wyobrazić. Gdzie tu miejsce dla niani? Widać, jestem nieodrodnym dziecięciem PRL. Dobra zabawa Podsumowując te doświadczenia (z książką i filmem „Mary Poppins”, wyróżnionym w roku 1964 pięcioma Oscarami – przy czym pamiętajmy, że nominacji było aż 13), stanowię dla Disneya zdecydowanie trudną publiczność. Z tym większym zdumieniem przyznaję, że wyszedłem z pokazu „Mary Poppins powraca” oczarowany i uśmiechnięty
od ucha do ucha. Od razu śpieszę zapewnić, że wcale nie ogłupiony, bo doskonale zdawałem sobie sprawę, jak zręcznej manipulacji jestem poddawany. Jednak była to emocjonalna manipulacja na takim poziomie, że czapki z głów. „Mary Poppins powraca” w reżyserii Roba Marshalla (tego samego, który stworzył obsypaną nagrodami kinową adaptację musicalu „Chicago”) to jednocześnie remake i sequel. Ciąg dalszy, bo opowiada o tym, co przydarzyło się już dorosłemu rodzeństwu Banksów i wykorzystuje wątki ominięte w poprzednim filmie, a zaczerpnięte z prozy Travers. Mary Poppins zostaje ściągnięta na ziemię wraz z latawcem, tak jak na początku drugiej powieści o niezwykłej niani. Obiecuje pozostać, „póki nie otworzą się drzwi”, tak jak w trzeciej części cyklu. Nie mamy jednak do czynienia z klasyczną adaptacją, scenarzyści sięgają po pojedyncze pomysły pisarki i przetwarzają je oraz układają po swojemu. Akcja rozgrywa się w czasach wielkiego kryzysu, Janeczka i Michaś mają własne, całkiem dorosłe kłopoty. Janeczka (Emily Mortimer), podobnie jak kiedyś pani Banks, zajmuje się pomaganiem innym, tyle że zamiast walczyć o prawa kobiet, broni praw do zakładania związków pracowniczych. Michaś (Ben Whishaw) rok wcześniej pochował żonę. Wciąż mieszka w domu przy Czereśniowej 17 w Londynie, próbując dzielić czas między wychowywanie trojga dzieci a pracę w banku. Wychodzi mu żałośnie, nic więc dziwnego, że w życiu rodziny musi znów pojawić się Mary Poppins – Banksowie desperacko jej potrzebują, choć nie zdają sobie z tego sprawy. Do roli magicznej niani tym razem wybrano Emily Blunt i był to strzał w dziesiątkę. Jest jednocześnie ujmująca i sroga, nieco arogancka i nieco sentymentalna. Na pewno bliżej jej do powieściowej Mary Poppins, choć nie aż tak, jak chcieliby puryści uważający, że Disney niemal pół wieku temu wypaczył jej książkowy charakter całkowicie. Mamy zatem zmiany w stosunku do filmu z roku 1964, ale ważniejsze jest to, że wprowadzoną w życie złotą hollywoodzką zasadę „to samo, tylko trochę inaczej”. I film z roku 2018 tak właśnie jest obmyślony. Spójrzmy na relacje łączące postaci: młody pan Banks zatracił radość życia i jest nieczuły dla swych dzieci, tak jak stary pan Banks sprzed lat. Sympatycznym pomocnikiem
Mary Poppins w starym musicalu był kominiarz Bert, który żadnej pracy się nie boi, teraz dostajemy równie sympatycznego latarnika Jacka (Lin-Manuel Miranda). Najważniejsze dla przyszłości i dobrobytu rodziny Banksów sceny rozgrywają się w banku, gdzie pojawiło się nowe pokolenie urzędników (Colin Firth), ale wszystko okaże się bezpośrednio powiązane z wypadkami z poprzedniego filmu. Teraz popatrzmy na podobieństwo kluczowych scen. Zamiast magicznej wycieczki do rysunku na chodniku i wejścia w świat animowany tutaj dostajemy wyprawę do rysunku na cennej wazie Royal Doulton. Julie Andrews jako Mary Poppins zabrała dzieci z wizytą do cierpiącego na niezwykle zaraźliwy śmiech szalonego wuja Alberta unoszącego się pod sufitem, Emily Blunt zabierze małe Banksiątka do szalonej ciotki Topsy (świetna jak zwykle Meryl Streep), której cały apartament stanie do góry nogami. Czternastominutowa sekwencja musicalowa w udziałem kominiarzy była główną atrakcją taneczną oryginału z roku 1964, tu dostaniemy zaaranżowaną z jeszcze większym rozmachem sekwencję z latarnikami. I tak dalej.
Świetna muzyka Remake, ciąg dalszy, idealna podróbka, lecz z użyciem najnowszych osiągnięć techniki filmowej – film Roba Marshalla jest tym wszystkim naraz. „Mary Poppins powraca” to także wielki hołd złożony poprzedniemu filmowi, poczynając od utrzymanego w podobnych barwach Londynu, a kończąc na sprytnym nawiązaniu muzycznym – gdy niania po raz pierwszy po latach wchodzi do domu przy Czereśniowej 17, słyszymy wplecioną w muzykę melodię hitu z 1964 r., czyli „A Spoonful of Sugar”. Ano właśnie – muzyka. Kolejny sukces. Żaden z przebojów napisanych przez Marca Shaimana nie jest wprawdzie tak chwytliwy jak słynny „Chim Chim Cher-ee” braci Shermanów z roku 1964, ale wesoły „Can You Imagine That?” zbliża się do tego, a i inne kompozycje, takie jak „A Cover Is Not The Book” czy nostalgiczny
„The Place Where Lost Things Go”, staną się bez wątpienia nowymi disneyowskimi klasykami. Wcale nie dziwi mnie więc, że film „Mary Poppins powraca” jeszcze przed swą oficjalną premierą został nominowany do Złotych Globów w pięciu kategoriach. Można uznać, że oscarowych nominacji będzie jeszcze więcej. Część z nich zamieni się w statuetki, bo trudno wyobrazić sobie, by za najlepszą piosenkę uznano jakikolwiek utwór spoza soundtracku do nowych przygód tajemniczej niani. W filmie dokumentalnym „Prawdziwa Mary Poppins” przyjaciele i rodzina Pameli Travers opowiadają, że w odróżnieniu od wersji sprzedanej publice w filmie „Ratując pana Banksa” przez koncern Disneya autorka książek serdecznie nienawidziła ekranizacji, a największą pretensję miała o nadmierne wyeksponowanie kominiarza Berta. „Dick van Dyke zrujnował film” – mówiła. Nie dlatego, że miała go za słabego aktora, ale dlatego, że ukradł najważniejszą partię opowieści staremu panu Banksowi. Przesłanie Travers było następujące: Mary Poppins była tajemniczą siłą, za której sprawą pan Banks zbliża się do swoich dzieci, a rodzina staje się bardziej kompletna i szczęśliwa. W filmie z 1964 r. ta rola zostaje przejęta przez Berta, który w dodatku przedstawiony jest nie jako znajomy, lecz ukochany Mary Poppins. Rob Marshall naprawił ów błąd, w nowym filmie akcenty rozłożone są właściwie. Czy Pameli Travers podobałaby się ta nowa wersja? Pewnie też nie, ale to temat na całkiem inną opowieść. Spodoba się natomiast na pewno wszystkim oczekującym radosnej, sympatycznej i kolorowej (a czasem wzruszającej) zabawy na najwyższym disneyowskim poziomie, to znaczy takim, jaki wyznaczono jeszcze w czasach klasycznych animowanych hitów, od „Królewny Snieżki” do „Króla Lwa”. Ja wiem, że to wszystko już było, wiem, że to powtórka z rozrywki. A mimo to kręcę głową z podziwem: proszę państwa! Stare recepty sprawdzają się nadal! Tylko aluzje do prezydenta Trumpa disnejowscy scenarzyści mogliby sobie darować (słuchajcie uważnie tekstu „A Cover Is Not The Book”).