Sequel, remake i hołd dla klasyka z 1964 roku – powrót magicznej niani do rodziny Banksów odtwarza znane motywy, od wyprawy w rysunek na wazie po taneczną sekwencję z latarnikami. Meryl Streep jako szalona ciotka Topsy kradnie ekran, a piosenki Marca Shaimana, jak „Can You Imagine That?” czy „The Place Where Lost Things Go”, zapowiadają nominacje do Złotych Globów i Oscarów. Rob Marshall trafnie przywraca rodzinny wątek Banksów na należne mu miejsce, dając kolorową, miejscami wzruszającą zabawę na najwyższym disneyowskim poziomie.
Mary Poppins w starym musicalu był kominiarz Bert, który żadnej pracy się nie boi, teraz dostajemy równie sympatycznego latarnika Jacka (Lin-Manuel Miranda). Najważniejsze dla przyszłości i dobrobytu rodziny Banksów sceny rozgrywają się w banku, gdzie pojawiło się nowe pokolenie urzędników (Colin Firth), ale wszystko okaże się bezpośrednio powiązane z wypadkami z poprzedniego filmu. Teraz popatrzmy na podobieństwo kluczowych scen. Zamiast magicznej wycieczki do rysunku na chodniku i wejścia w świat animowany tutaj dostajemy wyprawę do rysunku na cennej wazie Royal Doulton. Julie Andrews jako Mary Poppins zabrała dzieci z wizytą do cierpiącego na niezwykle zaraźliwy śmiech szalonego wuja Alberta unoszącego się pod sufitem, Emily Blunt zabierze małe Banksiątka do szalonej ciotki Topsy (świetna jak zwykle Meryl Streep), której cały apartament stanie do góry nogami. Czternastominutowa sekwencja musicalowa w udziałem kominiarzy była główną atrakcją taneczną oryginału z roku 1964, tu dostaniemy zaaranżowaną z jeszcze większym rozmachem sekwencję z latarnikami. I tak dalej.
Świetna muzyka Remake, ciąg dalszy, idealna podróbka, lecz z użyciem najnowszych osiągnięć techniki filmowej – film Roba Marshalla jest tym wszystkim naraz. „Mary Poppins powraca” to także wielki hołd złożony poprzedniemu filmowi, poczynając od utrzymanego w podobnych barwach Londynu, a kończąc na sprytnym nawiązaniu muzycznym – gdy niania po raz pierwszy po latach wchodzi do domu przy Czereśniowej 17, słyszymy wplecioną w muzykę melodię hitu z 1964 r., czyli „A Spoonful of Sugar”. Ano właśnie – muzyka. Kolejny sukces. Żaden z przebojów napisanych przez Marca Shaimana nie jest wprawdzie tak chwytliwy jak słynny „Chim Chim Cher-ee” braci Shermanów z roku 1964, ale wesoły „Can You Imagine That?” zbliża się do tego, a i inne kompozycje, takie jak „A Cover Is Not The Book” czy nostalgiczny
„The Place Where Lost Things Go”, staną się bez wątpienia nowymi disneyowskimi klasykami. Wcale nie dziwi mnie więc, że film „Mary Poppins powraca” jeszcze przed swą oficjalną premierą został nominowany do Złotych Globów w pięciu kategoriach. Można uznać, że oscarowych nominacji będzie jeszcze więcej. Część z nich zamieni się w statuetki, bo trudno wyobrazić sobie, by za najlepszą piosenkę uznano jakikolwiek utwór spoza soundtracku do nowych przygód tajemniczej niani. W filmie dokumentalnym „Prawdziwa Mary Poppins” przyjaciele i rodzina Pameli Travers opowiadają, że w odróżnieniu od wersji sprzedanej publice w filmie „Ratując pana Banksa” przez koncern Disneya autorka książek serdecznie nienawidziła ekranizacji, a największą pretensję miała o nadmierne wyeksponowanie kominiarza Berta. „Dick van Dyke zrujnował film” – mówiła. Nie dlatego, że miała go za słabego aktora, ale dlatego, że ukradł najważniejszą partię opowieści staremu panu Banksowi. Przesłanie Travers było następujące: Mary Poppins była tajemniczą siłą, za której sprawą pan Banks zbliża się do swoich dzieci, a rodzina staje się bardziej kompletna i szczęśliwa. W filmie z 1964 r. ta rola zostaje przejęta przez Berta, który w dodatku przedstawiony jest nie jako znajomy, lecz ukochany Mary Poppins. Rob Marshall naprawił ów błąd, w nowym filmie akcenty rozłożone są właściwie. Czy Pameli Travers podobałaby się ta nowa wersja? Pewnie też nie, ale to temat na całkiem inną opowieść. Spodoba się natomiast na pewno wszystkim oczekującym radosnej, sympatycznej i kolorowej (a czasem wzruszającej) zabawy na najwyższym disneyowskim poziomie, to znaczy takim, jaki wyznaczono jeszcze w czasach klasycznych animowanych hitów, od „Królewny Snieżki” do „Króla Lwa”. Ja wiem, że to wszystko już było, wiem, że to powtórka z rozrywki. A mimo to kręcę głową z podziwem: proszę państwa! Stare recepty sprawdzają się nadal! Tylko aluzje do prezydenta Trumpa disnejowscy scenarzyści mogliby sobie darować (słuchajcie uważnie tekstu „A Cover Is Not The Book”).