Znany demaskator fałszywych spirytystów jedzie na południe Francji, by zdemaskować piękną Amerykankę uchodzącą za utalentowane medium, lecz gdy jej moce zdają się autentyczne, wraz z frustracją rośnie w nim uczucie, a także przekonanie, że warto liczyć się ze zjawiskami duchowymi. Film Woody’ego Allena wypada banalnie, pretensjonalnie i bez przekonania, mimo niezłej obsady, a płytkie rozważania bohaterów o Bogu i sensie życia wypadają blado w zestawieniu z dawnymi dziełami reżysera, takimi jak „Miłość i śmierć”.
Magia w tytule nie gwarantuje magii na ekranie. Tym razem Woody’ego Allena opuściła wena, czego efektem jest filmik banalny, pretensjonalny i bez przekonania odegrany przez niezłą przecież obsadę. Znany sceptyk i demaskator fałszywych spirytystów (do bólu konwencjonalny Colin Firth) rusza na południe Francji, by przyłapać na gorącym uczynku piękną Amerykankę, która jest ponoć niezmiernie utalentowanym medium. Wraz z frustracją (jej moce zdają się autentyczne) rośnie w nim uczucie. A także przekonanie, że może nie tylko z magią, ale także innymi zjawiskami duchowymi (nie, nie chodzi o duchy) trzeba się w życiu liczyć. Kiedy fabuła dobiega końca, pozostaje nam odczucie, że był to materiał na półgodzinną farsę, a płytkie rozważania bohaterów na temat istnienia Boga i sensu życia są w porównaniu z dawnymi dziełami Allena (takimi jak „Miłość i śmierć”) wyrazem głębokiej demencji.