Sceptyk i demaskator spirytystów jedzie na południe Francji, by zdemaskować młodą amerykańską medium, lecz jej pozornie autentyczne zdolności budzą w nim frustrację, uczucie i wątpliwości wobec świata duchowego. Piotr Gociek uznaje film Woody'ego Allena za banalny, pretensjonalny i pozbawiony przekonania, krytykując konwencjonalną rolę Colina Firtha oraz płytkie rozważania o Bogu i sensie życia.
Magia w tytule nie gwarantuje magii na ekranie. Tym razem Woody’ego Allena opuściła wena, czego efektem jest filmik banalny, pretensjonalny i bez przekonania odegrany przez niezłą przecież obsadę. Znany sceptyk i demaskator fałszywych spirytystów (do bólu konwencjonalny Colin Firth) rusza na południe Francji, by przyłapać na gorącym uczynku piękną Amerykankę, która jest ponoć niezmiernie utalentowanym medium. Wraz z frustracją (jej moce zdają się autentyczne) rośnie w nim uczucie. A także przekonanie, że może nie tylko z magią, ale także innymi zjawiskami duchowymi (nie, nie chodzi o duchy) trzeba się w życiu liczyć. Kiedy fabuła dobiega końca, pozostaje nam odczucie, że był to materiał na półgodzinną farsę, a płytkie rozważania bohaterów na temat istnienia Boga i sensu życia są w porównaniu z dawnymi dziełami Allena (takimi jak „Miłość i śmierć”) wyrazem głębokiej demencji.