Pościg przez pustynię, na który trzeba było czekać trzydzieści lat, okazuje się czystym kinem ruchu, barw i adrenaliny. Reżyser stawia na tradycyjne rzemiosło – kaskaderów i starannie wymyślone kadry zamiast efektów komputerowych – dzięki czemu główna sekwencja pościgu robi oszałamiające wrażenie i zapisuje się w historii kina. Posępny, pozbawiony ironii ton odróżnia produkcję od typowych hollywoodzkich blockbusterów, a bijąca z ekranu adrenalina najlepiej działa na bardzo dużym ekranie.
Trzydzieści lat musieliśmy czekać na nowego „Mad Maxa”, ale było warto. Najświeższa odsłona ma w sobie wigor, barwy, ruch, zaskoczenie – kino w stanie czystym, chciałoby się powiedzieć. I z tego powodu pozostawia krytyka nieco bezradnym, bo to trochę jak analizować odczucia z jazdy wyjątkowo krętym i wysokim rollercoasterem. To także triumf tradycyjnego rzemiosła filmowego, bo reżyser (wciąż ten sam niezawodny George Miller) starał się unikać efektów komputerowych, wierząc w kaskaderów, tradycyjną choreografię i dobrze wymyślone kadry. Efekt jest oszałamiający, a główna sekwencja pościgu przez pustynię przejdzie do historii kina jako nie lada osiągnięcie. Jednocześnie filmowi udało się utrzymać posępny nastrój – to nie jest wesolutka zabawa z przymrużeniem oka, tak jak w przypadku większości współczesnych hollywoodzkich blockbusterów. Zapach krwi, benzyny i rozgrzanego żelaza bije z ekranu, a poziom adrenaliny skacze po wielekroć. Warto oglądać na baaardzo dużym ekranie.