Al Pacino nie ratuje drewnianego kryminału bez napięcia, tempa i logiki.
Kiepskie kryminały, w których na osłodę obsadzono poważanego aktora, to już osobny podgatunek w Hollywood. Narzekałem rok temu na „Ukojenie”, którego nie uratował Anthony Hopkins, dziś dwa słowa o „M jak morderca”, którego nie ratuje Al Pacino. Nie ma zresztą czego ratować, bo scenariusz jest głupiutki i drewniany, z grubsza chodzi o seryjnego zabójcę próbującego w krwawą grę wciągnąć tropiących go policjantów. Nic się tu nie trzyma kupy: bandzior wspina się na wyżyny okrucieństwa, ale złapać go próbuje jedynie duet: drewniak plus emeryt. Dialogi pisane są na kolanie, napięcia tyle co kot napłakał, tempa brak, motywacja zabójcy wątła. Twórca tego dziełka ma w dorobku kaskaderskie występy w ponad 150 produkcjach i reżyserię kilku filmów, z których żaden nie jest godzien zapamiętania. Omijajcie „M jak mordercę”, bo po pierwsze, szkoda czasu, po drugie, ocalicie w ten sposób resztki szacunku dla Ala Pacino. © ℗ wyst. Al Pacino, Karl Urban, Brittany Snow