„Londyn w ogniu”, luźna kontynuacja „Olimpu w ogniu”, przez sporą część seansu trzyma poziom pierwszorzędnego kina akcji klasy B, po czym prosta rozrywka zamienia się w prostacką. Główna słabość to wszechmocni i przebiegli terroryści paraliżujący Londyn, przez których film nieintencjonalnie osuwa się w groteskę i parodię gatunku. Obsada — Gerard Butler jako ochroniarz prezydenta USA, Aaron Eckhart i wyraźnie zmęczony rolą Morgan Freeman — nie dostaje do zagrania nic poza banałami, a całość pogrąża rażąca głupota.
Przez spory kawałek luźna kontynuacja umiarkowanego przeboju sprzed trzech lat („Olimp w ogniu”) jest pierwszorzędnym filmem klasy B. Potem jest gorzej, bo prosta rozrywka zamienia się w prostacką. Demoniczni terroryści paraliżujący Londyn i zabijający masę ważnych person są bowiem tak wszechmocni i cwani, że wpadamy w groteskę, a nie ma nic gorszego od filmu akcji zamieniającego się nieintencjonalnie w parodię gatunku. Gerard Butler ponownie jest heroicznym ochroniarzem pilnującym prezydenta USA, tym razem ściganego przez fanatyków, którzy chcą obciąć mu głowę live w Internecie. Aaron Eckhart powtarza rolę prezydenta, a Morgan Freeman – wiceprezydenta. Po tym ostatnim widać, że się wyraźnie męczy. Inna sprawa, że nikt tu niczego poza banałami do zagrania nie ma. Co nie byłoby straszne, bo akcyjniaki rządzą się swoimi prawami. Jest jednak straszne, bo straszna jest tego wszystkiego głupota.