Opowieść o starzejącym się szeryfie, który próbuje powstrzymać barona narkotykowego dysponującego superszybkim autem, miała być powrotem Arnolda Schwarzeneggera po dziesięcioletniej przerwie od dużych ról. Główny zarzut to całkowita wtórność: film nie zawiera niczego, czego nie pokazano już wcześniej w innym kinie akcji, a poziomem przypomina zapomnianą produkcję klasy B z lat 80. Strzelaniny, wybuchy i pościgi zamiast ekscytacji wywołują wyłącznie znużenie, a samo nazwisko gwiazdy nie jest już wystarczającym argumentem.
Poprzednią dużą rolę Arnie zagrał 10 lat temu („Terminator 3”). Teraz Schwarzenegger próbuje odbudować reputację i ożywić mit jednego z najbardziej kasowych (swego czasu) aktorów świata, Niestety, w opowieści o starzejącym się szeryfie, który próbuje zdybać wstrętnego barona narkotykowego wyposażonego w dodatku w superbrykę, nie ma ani jednej rzeczy, której nie widzielibyśmy już w jakimś innym filmie. A czasy, kiedy na argument: „No, ale przecież jest tu Arnold!” wszyscy zamykali jadaczki, dawno już minęły. Ten film mógł powstać w latach 80. – dziś opisywalibyśmy go jako ramotkę z półki „zapomniane filmy klasy B”, coś na poziomie „Jak to się robi w Chicago”. Są strzelaniny, wybuchy, pościgi, ale zamiast ekscytacji czujemy znużenie. Arnie ma w planach kolejne filmy, ale lepiej już chyba nie będzie.