Reinterpretacja legendy arturiańskiej w stylu Guya Ritchiego, w której wychowany na ulicy Artur buntuje się przeciw złemu wujowi, okazuje się porażką. Główne zarzuty to scenariusz będący zlepkiem pomysłów pożyczonych z cudzych opowieści, brak własnego tonu oraz znikoma charyzma Charliego Hunnama w roli głównej. Współczesna muzyka i typowe dla reżysera zabawy montażem nie ratują widowiska, które szybko przestaje angażować; z gwiazdorskiej obsady zapada w pamięć jedynie Jude Law jako Vortigern — niewiele jak na 175 mln dolarów budżetu.
Guy Ritchie poradził sobie świetnie z filmami o Sherlocku Holmesie, zamieniając klasykę w zabawne kino akcji. Próbował tego samego z legendą o królu Arturze i poległ sromotnie. Artur wychowuje się w burdelu i jest ulicznikiem. Opowieści o buncie przeciw jego złemu wujowi brak własnego tonu, scenariusz jest zlepkiem pomysłów pożyczonych z cudzych opowieści, a Charlie Hunnam w roli głównej wykazuje się znikomą charyzmą. Współczesna muzyka i charakterystyczne dla Ritchiego zabawy montażem tym razem nie pomagają, już po kilkunastu minutach widz dochodzi do wniosku, że nie obchodzi go to, co się dzieje na ekranie, a im bliżej końca, iż właśnie zmarnował dwie godziny swojego życia. Z całej gwiazdorskiej obsady w pamięci zostaje jedynie Jude Law jako występny Vortigern. Trochę mało jak na 175 mln dol. budżetu.