Trzymający w napięciu thriller o nadciągającym ataku nuklearnym pokazuje dramatyczne decyzje amerykańskich władz i niepokojącą niegotowość Zachodu na współczesną wojnę.
Wydawało się, że to tylko test: może chiński, może północnokoreański. Jednak okazuje się, że rakieta z głowicą nuklearną leci w kierunku Stanów Zjednoczonych. Od Moskwy do Pekinu wszyscy zaprzeczają: „to nie my”, ale stawiają jednocześnie w stan gotowości swoje wojska. Czy to akt wojny? Terroryzm? Może próba rakietowa, która wymknęła się spod kontroli? Głowica tymczasem jest coraz bliżej, może spadnie na St. Louis, może na Chicago. Przewidywana liczba ofiar? Dziesięć milionów. Każde pokolenie dostaje własne filmowe ostrzeżenie. W roku 1959 światem wstrząsnął film „Ostatni
przestrzeni pokoju dowodzenia w Białym Domu. Potem przenosimy się do sztabu i widzimy, jak w tym samym czasie co wywiad i urzędnicy prezydenta na kryzys zareagowało wojsko. Osobno oglądamy rozterki prezydenta USA: Jak zareagować? Ogłosić ewakuację? Odpowiedzieć nuklearnym atakiem? Wstrzymać się do chwili, gdy wiedza będzie pełniejsza? Zegar tyka. Rebecca Ferguson, Idris Elba i Jared Harris są tu znakomici. Metafora z tytułu (że inwestowanie w broń jądrową jest jak zabawa zapałkami w domu pełnym dynamitu) jest banalna, ale film – głęboko niepokojący. Podobnie jak w fińskim serialu „Konflikt” (pisałem o nim w „Do Rzeczy” 42/2025) widzimy, jak bardzo nieprzygotowany jest Zachód do wojny hybrydowej. Koncepcja Donalda Trumpa, by budować Złotą Kopułę – tarczę antyrakietową dla USA na wzór izraelskiej Żelaznej Kopuły – wydaje się więc tym bardziej oczywista. Bo w to, że Rosja, Chiny, Korea Północna czy Pakistan zrezygnują nagle ze swoich arsenałów w imię światowego pokoju, nikt przecież nie uwierzy.