ReżyseriaSiergiej Łoźnica
WystępująTamara Yatsenko, Irina Zayarmiuk
Rok produkcji2018

Łoźnica bez złudzeń pokazuje moralne spustoszenie pozostawione przez rosyjską przemoc.

„Donbas” Siergieja Łoźnicy – wielki film o straszliwym moralnym spustoszeniu, którego nosicielem jest Rosja

Nie trzeba się bawić w wyważanie racji, gdy sprawa jest oczywista, prawda nie leży pośrodku, tylko tam, gdzie leży. Od pierwszych sekund wiadomo, że na Kremlu „Donbas” się nie spodoba, a zwykli Rosjanie albo go nie zobaczą, albo wyłączą po dziesięciu sekundach. Pierwsze bowiem, co widzimy, nim padnie jeszcze pierwsze słowo, to napis informujący, że akcja rozgrywa się na okupowanej wschodniej Ukrainie. Po prostu. Taka jest prawda: nie ma żadnego ludowego powstania w Donbasie, żadnych separatystów, którzy w imię odrębności kulturowej czy narodowej walczą o niepodległość. Rosja weszła na Ukrainę i wzięła sobie jej kawałek, najpierw na Krymie, potem w Doniecku czy Ługańsku. I prowadzi z Ukrainą otwartą wojnę, tyle tylko że niewypowiedzianą oficjalnie. Tak zwana Noworosja czy Doniecka Republika Ludowa (albo jakakolwiek inna deklarowana na terenie niepodległego państwa, jakim wszak jest Ukraina) to fikcja, to sztuczny twór na potrzeby

rosyjskiej propagandy. Twór bardzo chory, wewnątrz którego dzieje się to, co jako specyfikę rosyjską przedstawił Siergiej Łoźnica w swojej poprzedniej fabule „Łagodna”. Tamten film rozgrywający się na rosyjskiej prowincji i luźno inspirowany Dostojewskim był „metaforą kraju, w którym ludzie nieustannie zadają sobie nawzajem gwałt. Kraju, w którym aż kipi od przemocy we wszystkich postaciach” – cytuję tu słowa samego reżysera z materiałów promocyjnych filmu „Łagodna”. To samo się dzieje w „Donbasie” i jest wyrazem tego samego procesu. Nie chodzi o politykę, chodzi o moralność. „Unicestwienie. Całkowite spustoszenie. Kompletna dehumanizacja, która postępuje od czasu rewolucji październikowej” – raz jeszcze zacytuję Siergieja Łoźnicę. Noworosja to ponura parodia państwa, tak jak parodią prawdziwego wesela jest ślub udzielany w filmie Łoźnicy przez niby-urzędniczkę wspieraną przez lokalnych watażków oraz deputowaną do lokalnego niby-parlamentu

i celebrującą dziwaczną „nową świecką tradycję”.

Ropiejąca rana Europy Noworosja to miejsce, w którym wszystko jest na niby, oprócz śmierci i cierpienia oraz ponurych planów prawdziwych sprawców donbaskiej tragedii. Kim są? W filmie nie padają nazwisko Putin, słowa „Rosja” czy „Rosjanin”, ale jest wymowna scena, w której niemiecki dziennikarz rozmawia z grupą uzbrojonych po zęby „separatystów”. „Skąd jesteście?” – pyta. W odpowiedzi słyszy najpierw zakłopotany śmiech, potem zwykły rechot i wypowiadane po kolei zdania: „Stąd, z takiego miejsca niedaleko, mieszkam nieopodal…”. Tyle tylko że żaden nie potrafi dokładnie wskazać skąd, bo są takimi samymi „miejscowymi” jak „zielone ludziki” na Krymie. Gdy dziennikarz dopytuje, kto tu dowodzi, sołdaci wskazują na siebie nawzajem i się przekomarzają. Żaden nie chce się przyznać, żaden nie chce wskazać prawdziwego dowódcy. Dobrze wiedzą, że nie powinno ich tu być. Noworosja to ropiejąca rana, która może zakazić wszystko dokoła – może nie samą Rosję, która sama jest źródłem choroby, ale wszystko inne: resztę Ukrainy, Europy, świata. Skąd o tym wiemy? Oto jeden z watażków tłumaczy, jak się sprawy mają: dawno temu, kiedy dobrzy sowieccy ludzie poszli do Niemiec, by dobić faszystowską bestię, przetrącili kręgosłup frycom, a zapomnieli o wrogu wewnętrznym. I teraz ten wróg się ujawnił: faszyzm na Ukrainie, który trzeba wytępić. „Jak będzie trzeba, pójdziemy na Lwów! – woła wojak o ksywce Kaznodzieja. – Albo i na całą Europę!”. Noworosja wreszcie jest miejscem najobrzydliwszej iluzji, symbolem czasów, w których dominuje „rzeczywistość medialna”, czyli zwykłe kłamstwo. Proszę uważnie się przyglądać pierwszej scenie filmu, w której macherzy od propagandy malują statystów i prowadzą ich na miejsce rzekomego ukraińskiego ataku artyleryjskiego na autobus miejski (mają udawać „naocznych świadków”, co oczywiście uchwycą lokalne kamery i puszczą w świat jako „dowód”). Będzie ona miała wstrząsający ciąg dalszy i obnaży naturę najbardziej zmistyfikowanego konfliktu XXI w. Stop, widzę, że sam wpadam w kalki rosyjskiej propagandy. Przecież to nie konflikt, to zwykła inwazja, agresja. Młyny propagandy mielą jednak nieubłaganie i skutecznie, proszę posłuchać, ile także w naszych wiadomościach „republik ludowych” i „separatystów”. Łoźnica umiejętnie kładzie warstwy swojego obrazu, zostawiając odrobinę niepewności na dnie nawet jednoznacznych sytuacji. Oto wstrząsająca scena, w której nakręca się wściekłość i frustracja tłumu próbującego dokonać linczu na ukraińskim

jeńcu. Agresywni „Noworosjanie” domagają się, żeby przyznał się do mordowania dzieci, rozkładania pól minowych i Bóg wie czego jeszcze. On odpowiada, że nic złego nie zrobił, bo był tylko kucharzem. Skojarzenie natychmiastowe. Iluż to oskarżanych o zbrodnie wojenne Niemców ratowało się przed zasłużoną karą opowieściami, że podczas wojny pracowali w kuchni albo byli kierowcami?! Kiełkuje więc w nas ziarno podejrzenia. A może ten cierpiący człowiek o twarzy męczennika z ikon jednak ma coś za skórą? Co oczywiście nie zmienia faktu, że nawet gdyby był kimś więcej niż kucharzem, to nie zasługuje na przemoc i samosąd ze strony nakręcających się z każdym ciosem oraz obelgą „Noworosjan”. Nieoczywistości ciąg dalszy. Do kogóż zwraca się z ironicznym uśmiechem starszy mężczyzna oprowadzający kamerę po podziemnym lochu, w którym mieszkają wygnani z domów mieszkańcy Donbasu, kiedy mówi: „Dziękujemy naszym przywódcom, prezydentom”? A potem kroczy przez ciasne pomieszczenia bez prądu, wody, gazu, w których na piętrowych pryczach tłoczą się wynędzniali towarzysze niedoli. Liczba mnoga, więc nie o jednego prezydenta czy przywódcę chodzi – tragedię w Donbasie wywołała agresja Rosji, ale wrzód ropieje również wskutek nieudolności Ukrainy oraz bierności wolnego świata, który przymyka oczy na oczywiste łamanie prawa międzynarodowego. Gdyby Ukraina była państwem zdrowszym, władze cieszyły się zaufaniem, urzędnicy nie kradli, generałowie nie okazywali się ukrytą opcją rosyjską, to bez wątpienia potwór o nazwie „Noworosja” nie wchłonąłby w Doniecku i Ługańsku tak łatwo i tak wielu poddanych. O Ukrainie jest zresztą mowa wprost niemal na samym początku filmu, kiedy obserwujemy scysję w siedzibie władz jednego z ukraińskich miast. Niesłusznie oskarżana (chyba, nie wiemy tego na pewno) o wzięcie łapówki kobieta oblewa wiadrem odchodów lokalnego urzędnika, wytykając mu nepotyzm i korupcję. Z początku nie wiemy, czemu właściwie służy ta scena. W miarę oglądania „Donbasu” sens staje się jasny. Skoro Ukraina nie potrafi poradzić sobie z syfem na własnym podwórku, sparaliżowana przez złodziei i karierowiczów, to jak miałaby sobie dać radę z trucizną płynącą z zainfekowanego złem absolutnym terytorium okupowanego? Chwilę po tym, jak oglądaliśmy skorumpowanych urzędników ukraińskich, widzimy w następnej długiej scenie, nieco barejowskiej z początku, jak władcy terytorium okupowanego zagarniają dla siebie rzadkie dobra: mięso, mleko, mąkę, słodycze, odgrywając jednocześnie przed wygłodniałymi kobietami ze szpitala położniczego spektakl pt. „Walka ze złodziejstwem”. Jak może Ukraina stawić czoła toksycznemu potworowi, skoro po jednej i drugiej stronie granicy kradnie się tak samo? W imię czego mają walczyć, opierać się, mieszkańcy kolejnych połykanych rejonów?

Kronika spustoszenia Filmy Siergieja Łoźnicy nie są łatwe w odbiorze. Bolą niczym kino Michaela Hanekego. W znakomitym „Szczęście ty moje” (2010) Łoźnica pokazywał, jak nihilizm i przemoc przechodzą z pokolenia na pokolenie na przeklętej ziemi. Temu służyła niespodziewana retrospekcja, w której cofaliśmy się od czasów współczesnych do II wojny światowej i dni zaraz po niej. W pokazywanym w Cannes „We mgle”, którego bohaterem był człowiek niesłusznie oskarżony o współpracę z niemieckim okupantem, ukazywał jak człowiek sowiecki godzi się z wyrokami losu, nawet jeśli są niesprawiedliwe. Fatalizm, nihilizm, przekonanie, że na przeklętej ziemi nie może być inaczej. Obydwa te filmy, wraz z niesamowitą „Łagodną” (2017) i z „Donbasem”, układają się w przerażającego kronikę spustoszenia sowieckiego i postsowieckiego świata (dziś po prostu rosyjskiego), choć warto zapytać: Ile i w nas tego spustoszenia i czy rzeczywiście jesteśmy na nawrót choroby zaszczepieni? A może ratunku nie ma? „Gdy przekroczy się granicę między człowieczeństwem a tym, co nieludzkie, nie ma odwrotu” – mówi Łoźnica. Obejrzyjcie „Donbas”. Jeśli macie sumienie, to zaboli was serce, zaboli was dusza, być może zapłaczecie. To wielkie kino wielkiego reżysera, którego przestróg nikt poza naszą częścią Europy nie będzie w stanie zrozumieć. Niestety.

← PoprzedniaNastępna →