Piąty sezon zastaje Franka Underwooda w walce o prezydenturę, z Claire jako kandydatką na wiceprezydenta, a kampanię kształtuje wątek terroryzmu. Pojedynek z młodym senatorem Conwayem przybiera nieoczekiwany obrót, a wśród najbliższych sojuszników pary ktoś musi zapłacić za błędy, choć nikt nie zamierza odchodzić po cichu. W drugiej części sezonu pada kilka ofiar, Underwood błyska śmiałym planem, a widz odkrywa, że władza niekoniecznie mieści się w Białym Domu. To wciąż świetna, pełna świeżych pomysłów robota sztandarowego serialu Netflixa.
W czwartym sezonie „House of Cards” zostawiliśmy Franka Underwooda i jego żonę Claire w chwili, gdy po ostrym kryzysie znów współdziałają: on ubiega się o prezydenturę, ona jest kandydatką na wiceprezydenta. Jednym z najważniejszych elementów kampanii było odpowiednie (domyślacie się, co to znaczy w przypadku Underwoodów) rozegranie kwestii walki z islamskim terroryzmem. W sezonie piątym pojedynek między młodym senatorem Conwayem (kandydat demokratów) a Underwoodami przybierze nieoczekiwany obrót. Jednocześnie ciekawe rzeczy dzieją się wśród najbliższych sojuszników Underwoodów – ktoś będzie musiał zapłacić za błędy, ale żaden z kozłów ofiarnych nie będzie zamierzał odchodzić po cichu. W drugiej części sezonu padnie też kilka trupów, Underwood błyśnie śmiałym planem, a widz odkryje, że prawdziwa władza niekoniecznie znajduje się w Białym Domu. Sztandarowy serial Netflixa to wciąż świetna robota. I nadal ze świeżymi pomysłami.