Serial o bezwzględnie ambitnym Franku Underwoodzie, który przepycha się na szczyt amerykańskiej polityki, zyskuje pełnię dzięki oglądaniu wszystkich odcinków naraz - twórcy nie muszą powtarzać wątków, a subtelna ewolucja bohaterów staje się w pełni widoczna. Pod względem dramatycznej intensywności to jeden z najlepszych seriali ostatnich lat, ustępujący jedynie „Breaking Bad”. Kevin Spacey buduje grozę swojej postaci drobnymi grymasami twarzy i długo zawieszanymi spojrzeniami, potwierdzając klasę aktora najwyższej próby.
Tyle pochwał spłynęło już na „House of Cards”, że trudno do nich jeszcze coś dołożyć. Przy okazji polskiej premiery DVD pierwszego sezonu warto jednak zauważyć, że oprócz wszystkiego innego jest to idealny przykład serialu nowego typu, który należy oglądać jako jedną całość. Produkujący „House of Cards” serwis Netflix zresztą od początku w ten właśnie sposób udostępniał nowy produkt swoim odbiorcom: wszystkie odcinki od razu. W przypadku opowieści o nadambitnym i bezwzględnym Franku Underwoodzie wyrąbującym sobie drogę na szczyt amerykańskiej polityki to tradycyjna forma telewizyjnej emisji odcinkowej jest czymś nienormalnym. „House of Cards” oglądany jako jeden wielki fresk o meandrach polityki i mediów ujawnia swoje dodatkowe zalety: twórcy nie muszą tracić czasu na nieustanne powtarzanie i wyjaśnianie poprzednich wydarzeń, świetnie widać półtony, którymi odmalowana jest ewolucja bohaterów, i wreszcie dużo pola do popisu zostaje dla aktorów. Pod względem dramatycznej intensywności to najlepszy obok „Breaking Bad” serial ostatnich lat. A Kevin Spacey budujący grozę swej postaci na drobniutkich grymasach twarzy, cieniach uśmiechu i zawieszanych długo spojrzeniach pokazuje, że jest aktorem z ekstraklasy.