Osadzona na początku XX wieku faustowska opowieść o lekarzu, który po ucieczce z syberyjskiej katorgi trafia do austro-węgierskiej armii i eksperymentuje z eterem, widząc w nim drogę do panowania nad ludźmi. Główną słabością filmu jest pretensjonalność: bohaterowie zamiast rozmawiać wygłaszają banalne deklaracje, a odrażający doktor nie pozostawia miejsca na tragedię. Istotnym zarzutem jest też nużące tempo oraz łopatologiczna, rozciągnięta końcówka objaśniająca wcześniejsze wydarzenia — całość wypada jak kuriozum.
Początek XX stulecia. Skazany za zabójstwo młodej dziewczyny lekarz zostaje w ostatniej chwili ułaskawiony i zamiast na stryczek trafia na Sybir. Po latach ucieka z katorgi i szuka schronienia w monarchii austro-węgierskiej. Wykorzystując medyczne talenty, znajduje posadę w armii, jednak bardziej od dbania o zdrowie żołnierzy i prostytutek zajmują go eksperymenty nad eterem. W substancji tej widzi drogę do panowania nad ludźmi, do budowy nowego świata na gruzach starego. Zanussi próbuje raz jeszcze opowiedzieć historię Fausta, ale przynudza: bohaterowie nie rozmawiają, lecz wygłaszają banalne deklaracje. Bezbożność odbiera życiu sens, wiemy to dobrze, ale równie dobrze wiemy, że pretensjonalność zabija kino. Doktor grany przez Jacka Poniedziałka jest zwyczajnie odrażający, więc miejsca na tragedię tu nie ma. A na końcu reżyser serwuje nam dodatkowe pół godziny filmu objaśniające łopatologicznie, co wydarzyło się przez pierwsze półtorej godziny. Kuriozum.