ReżyseriaGavin O'Connor
WystępująBen Affleck, Al Madrigal, Michaela Watkins, Janina Gavankar
Rok produkcji2020

Pogrążony w alkoholizmie były gwiazdor licealnej koszykówki Jack Cunningham podejmuje się trenowania słabej drużyny katolickiej szkoły, lecz sportowe zwycięstwa nie stają się dla niego łatwą drogą do odkupienia. Piotr Gociek chwali prawdę emocjonalną filmu Gavina O'Connora, oszczędne ujawnianie rodzinnej tragedii bohatera, znakomitą rolę Bena Afflecka oraz przełamanie schematu podnoszącego na duchu dramatu sportowego opowieścią o bólu, uzależnieniu i odpowiedzialności.

Zmiejsca, do którego trafił Jack Cunningham, zwykle się nie powraca. To mroczne miejsce. Miejsce pełne złych myśli i głupich uczynków. Gdy widzimy go pierwszy raz, siedzi wysoko pod kalifornijskim niebem. Pracuje na budowie w San Pedro, robotniczej dzielnicy Los Angeles. Żyje jednak daleko od nieba. Pierwsze, co robi po powrocie do samochodu, to sięga po piwo. Pierwsze, co robi po wejściu do domu, to sięga

po piwo. Potem spędza wieczór w barze, a pierwsze, co robi rano, to sięga po piwo pod prysznicem. Potem zaś, gdy z samochodu ma wyjść znów do pracy, przelewa wódkę do termoizolacyjnego kubka na kawę. Trzeba jakoś przetrwać dzień. No i wrócić po robocie do samochodu. Gdzie czeka kolejne piwo. Jacka Cunninghama gra Ben Affleck – opuchnięty, czerwony na twarzy, oszczędny w ruchach, z nadwagą. I przypomina nam, że choć najwięcej pieniędzy zarobił dzięki filmom prostym, by nie powiedzieć prostackim („Armageddon”, „Pearl Harbor”), to prawdziwy talent aktorski objawia wtedy, kiedy portretuje bohaterów w poważnych kłopotach. Tak było w ciekawym „Hollywoodland”, w którym grał podrzędnego aktora, tak było w „Mieście złodziei”, gdzie był także reżyserem. „Droga powrotna” to film, którego reżyserem jest Gavin O’Connor, twórca bardzo ciekawy i chyba w Polsce niedoceniany. Ma w dorobku m.in. świetne „Cud w Lake

Placid” oraz „Wojownika”, które przyniosły mu opinię specjalisty od sportowych dramatów. Z Affleckiem współpracował wcześniej przy thrillerze „Księgowy”. Z pozoru „Droga powrotna” należy do jednego z ulubionych przez amerykańskich widzów gatunku – sportowej historii o niespodziewanym sukcesie outsiderów. Zapijający się na śmierć Jack Cunningham, niegdyś gwiazda licealnej koszykówki, otrzymuje niespodziewaną propozycję. Szkoła proponuje mu pracę w roli trenera męskiego w drużynie, w której kiedyś sam błyszczał. Szkoła jest katolicka, zasady surowe, a zespół beznadziejny. Z powodów, których do końca sam nie rozumie, Jack podejmuje się zadania, ale nie wygląda to dobrze. On udaje, że ich trenuje, oni udają, że grają, kolejne zespoły spuszczają drużynie z liceum Bishop Hayes manto. Tyle że piwko leje się teraz do gardła Jacka nie tylko w domu i w pracy, lecz także w gabinecie trenera, kiedy nikt nie widzi. Po pewnym

czasie okazuje się, że Cunningham, nawet będąc trenerem na pół gwizdka, jest w stanie coś wykrzesać z zawodników, zwłaszcza że paru z nich ma talent. Przychodzi więc pierwsza wygrana. Potem następna. Igranie ze schematem Wiemy, co powinno się dalej wydarzyć: choć droga będzie ciernista, to cudownie odmieniony trener i jego równie cudownie odmieniony zespół kroczą ku jakiemuś trofeum, bo taka jest logika sportowych dramatów ku pokrzepieniu serc. W „Drodze powrotnej” dostajemy jednak przewrotne igranie z tym schematem. Szybko okazuje się, że od sportowych sukcesów Bishop Hayes ważniejsze jest to, co dzieje się z Jackiem Cunninghamem. A nie dzieje się dobrze. Trener Cunningham nie jest sam, ma kochającą siostrę (wraz z jej całkiem udaną rodziną), ma żonę, tyle że jest z nią w separacji. Czy pije dlatego, że ją utracił, czy utracił ją dlatego, że pije? Ani jedno, ani drugie, w rodzinie Cunninghamów rozegrała się inna tragedia, o której dowiadujemy się dopiero w połowie filmu. Tragedia, która niemal zmiażdżyła Cunninghama i zamieniła go w człowieka, który do brzemienia, jakim obarczył go los, dokłada jeszcze pogardę dla samego siebie i nienawiść do świata wokół. Nikt nie jest w stanie unieść takiego ciężaru. Mamy zatem kolejny hollywoodzki podgatunek – opowieść o alkoholizmie. Wiele ich było, mniej lub bardziej udanych, czasem przerażających i wstrząsających. Film O’Connora nie należy do tych najbardziej drastycznych, ale mocno porusza. Ben Affleck gra Jacka Cunninghama popisowo. Przez większość czasu widzimy na ekranie człowieka głęboko ciepiącego, z którego twarzy ból znika tylko na krótkie chwile, kiedy przymyka oczy, wychylając kolejną szklanicę. No i może jeszcze w nielicznych momentach, kiedy dostrzega, że trenowani przez niego licealiści rzeczywiście stają się lepszym zespołem. Sport mógłby być prostą drogą ku odkupieniu trenera Cunninghama, ale to kolejna łatwizna, na którą scenarzysta i reżyser się nie decydują. Życie bowiem bywa bardziej skomplikowane od hollywoodzkiego schematu. Wszystko to sprawia, że „Droga powrotna” jest filmem bardzo prawdziwym. I nietypowym – tu skręcę nieco w kierunku polityki. Dyrektor katolickiego liceum Bishop Hayes, ks. Edward Devine, to postać jednoznacznie pozytywna. Samo

liceum ukazane jest jako miejsce może biedne, może zapyziałe, ale wychowujące dzieciaki na porządnych ludzi – stroniących od używek, ceniących ciężką pracę, skromnych, niewstydzących się modlitwy. San Pedro, w którym rozgrywa się akcja, dzielnica robotników i dokerów, to Ameryka, której blisko do Trumpa, ale nikt w tym filmie nie szydzi z niebieskich kołnierzyków ani ich pick-upów. Scenariusz utkany jest precyzyjnie, to, co powinniśmy wiedzieć – i co mocno zmienia nasze widzenie bohatera – ujawniane jest oszczędnie, najpóźniej jak się da. Dlaczego Jack Cunningham odrzucił koszykarską karierę, kiedy był młody (miał przecież wielki talent...)? Czego nie może wybaczyć do dziś swojemu ojcu? Dlaczego uważa, że sam zawiódł jako ojciec i mąż? Proste historie, proste odpowiedzi, ale ból wielki i zrozumiały, choć twórcy filmu nigdzie nie idą w usprawiedliwianie swego bohatera. „Droga powrotna” warta jest też uwagi ze względu na znakomite zdjęcia hiszpańskiego operatora Eduarda Graua i świetną muzykę Roba Simonsena. Presja sukcesu Jest wreszcie kwestia, która wzbudziła największe zainteresowanie amerykańskiej prasy, czyli obsadzenie w roli głównej Bena Afflecka. Amerykański gwiazdor nie miał w ostatnich latach dobrej passy. Wielki projekt ekranizacji gangsterskiej powieści historycznej Dennisa Lehane’a „Nocne życie” zakończył się katastrofą. W odróżnieniu od komplementowanego „Argo” Affleck nie udźwignął roli reżysera i aktora w roli głównej, recenzje były fatalne, wyniki finansowe jeszcze gorsze. Kariera w kinowym uniwersum DC, gdzie Affleck wcielił się w rolę Batmana („Batman vs Superman”, „Liga Sprawiedliwości”), przyniosła głęboką frustrację, pomysł osobnej nowej serii filmów o Batmanie z Affleckiem jako głównym magnesem został zarzucony. Affleck zapijał smutki, o czym szczerze opowiada dziś w wywiadach. Z tego powodu rozpadło się jego małżeństwo z Jennifer Garner. Trwało 13 lat, para miała troje dzieci. Affleck przyznaje publicznie, że rozpad tego związku to największa porażka jego życia, za którą zresztą samokrytycznie wini tylko siebie.

Powrotna droga trenera Jacka Cunninghama jest więc także drogą powrotną Bena Afflecka, który właśnie po raz kolejny wrócił z odwyku. I tak jak było to w przypadku Clinta Eastwooda i jego przemowy z filmu „Przemytnik”, warto się zastanowić, czy finałowe wystąpienie Afflecka w filmie Gavina O’Connora nie jest aby czymś więcej niż tylko odegraniem sceny ze scenariusza przez profesjonalistę. Bohater Eastwooda żałował głęboko za swój największy grzech, za poświęcenie bliskich w imię pracy, za to, że nie podołał obowiązkom prawdziwego ojca rodziny, co odczytywano jako wygłoszoną z ekranu ekspiację za prawdziwe przewiny (Eastwood w realu porządkował wówczas skomplikowane życie osobiste). Gdy ekranowy Cunningham zdobywa się wreszcie na wyznanie prawdy o tym, dlaczego rozpadło się jego małżeństwo, mamy ekspiację samego Afflecka, co do tego nie mam wątpliwości. Na ile ta przemiana jest szczera i trwała? Sam nie wiem. Wszak Hollywood żyje z nieustannych come backów, z mielonych przez plotkarską prasę i portale opowieści o upadających herosach i podnoszących się z upadku draniach. Affleck jest ofiarą syndromu cudownego dziecka Hollywood. Na ekranie występował od chwili, gdy miał siedem lat. Pierwszego Oscara dostał (na spółkę z Mattem Damonem, za scenariusz do „Buntownika z wyboru”), gdy miał 26 lat. Nim ukończył trzydziestkę, trafił do elitarnego grona najbardziej kasowych aktorów. Potem... Cóż, potem bywało różnie. Z wywiadów można wyczytać, że presja sukcesu odbiła się na jego życiu zarówno zawodowym, jak i osobistym. Dzisiaj raz jeszcze próbuje stanąć na nogi. Po „Drodze powrotnej” jego następnym projektem jest film historyczny „The Last Duel”, do którego scenariusz napisał wraz z dawnym druhem Mattem Damonem właśnie. Reżyserem jest Ridley Scott, zatem jest na co czekać. Premiera w grudniu. Affleck ma talent i charyzmę. Za dwa lata dobije do pięćdziesiątki. W tym wieku Clint Eastwood miał dopiero przed sobą swoje najlepsze filmy. Oby podobna przyszłość czekała także Bena Afflecka.

← PoprzedniaNastępna →