Główną słabością filmu jest skrajna schematyczność: na pierwszy rzut oka widać, kto łotr, a kto porządny, a fabułę sklejono z pomysłów dawnych hitów, m.in. „Płonącego wieżowca” i „Szklanej pułapki”. Ciekawszy od samego widowiska okazuje się kontekst: akcja toczy się w najwyższym budynku świata w Hongkongu, Chińczycy grają wyłącznie role pozytywne, a złoczyńcy są bez wyjątku biali, co powiązano z uzależnieniem Hollywood od chińskich pieniędzy. Całość podporządkowano gwiazdorskiej obecności Dwayne’a Johnsona.
Wszystko w tym filmie jest prościutkie. Na pierwszy rzut oka widać, kto łotr, kto porządny, a fabułę sklejono z dawnych hitów. Jak w „Płonącym wieżowcu” mamy gigantyczny budynek w niebezpieczeństwie, jak w „Szklanej pułapce” w wieżowcu pojawią się złoczyńcy, a scena ostatecznej rozgrywki to technologicznie ulepszony finał „Wejścia smoka”. To, co interesujące, nie wiąże się z jakością filmu, lecz z kontekstem. Najwyższy budynek świata (220 pięter) staje w Hongkongu, Chińczycy na ekranie grają role wyłącznie pozytywne, złymi są natomiast bez wyjątku biali. Takie czasy, Hollywood żyje z chińskich pieniędzy, a kto płaci, ten wymaga. O tym, że w Hongkongu giną bez wieści księgarze sprzedający nieprawomyślną literaturę, się nie dowiecie, ujrzycie za to tłum szczęśliwych chińskich przechodniów kibicujących amerykańskiemu wrestlerowi, bo w głównej roli pojawia się Dwayne Johnson.