Tytułowy Jack (Matt Dillon), seryjny morderca, opowiada o swoich zbrodniach Wergiliuszowi (Bruno Ganz), który prowadzi go przez kolejne kręgi piekła. Lars von Trier pokazuje okrucieństwo wprost, bez sugestii, co podczas pokazu w Cannes skłoniło blisko sto osób do opuszczenia sali. Mimo to brutalne obrazy składają się w przejmujący moralitet i bezlitosną diagnozę chorób cywilizacji, bez taryfy ulgowej dla widza, bohaterów czy świata.
„Dom, który zbudował Jack” to ciężka próba dla nerwów i żołądka widzów. Podczas pokazu w Cannes w ubiegłym roku blisko sto osób wyszło z pokazu, zdegustowanych okrucieństwem pokazanym szczegółowo na ekranie. Tak właśnie – pokazanym, a nie sugerowanym. Von Trier nie wahał się kiedyś w „Idiotach” pokazać ludzkiej śmieszności, filmując nagich amatorów i każąc im przed kamerą kopulować, teraz nie zawahał się przed pokazaniem scen, które bardziej na miejscu byłyby w horrorach typu gore czy slasher. Roztrzaskanie przez seryjnego mordercę (tytułowego Jacka gra Matt Dillon) twarzy podnośnikiem do samochodów. Obcięcie kobiecych piersi, egzekucja wykonana na całej rodzinie z myśliwskiej ambony, zbezczeszczenie zwłok i inne chore pomysły – a jednak wszystko to zamienia się w moralitet i podróż po dalekich kręgach piekła z Wergiliuszem (Bruno Ganz) jako przewodnikiem. Von Trier nie ma litości dla widza, dla swych bohaterów ani dla cywilizacji, której choroby opisuje.