Dwaj policjanci z Luizjany prowadzą w 1995 roku śledztwo w sprawie rytualnego morderstwa, a w 2012 roku osobno relacjonują dawne wydarzenia. Perfekcyjne aktorstwo, długie ujęcia, odrealniony pejzaż zła oraz filozoficzne rozmowy zastępujące typowe kryminalne strzelaniny tworzą wyjątkowy kryminał.
Płatna telewizja ratuje dziś dobrych aktorów przed losem wiecznych przystawek w bezdusznych widowi- skach 3D. Dustin Hoffman zagrał w „Luck”, Kevin Spacey w „House of Cards”, a parze Woody Harrelson – Matthew McConaughey trafiła się propozycja najmroczniejsza – „Detektyw”. To właściwie spójny, ośmiogodzinny film podzielony na odcinki, ale oczywiście każda część ma też swoją dynamikę i punkty zwrotne. Opowieść rozciągnięta jest w czasie między rokiem 1995 a 2012. Rok 1995 to czas, w którym twardoskóry gliniarz z Luizjany (Harrelson) wraz ze swym nowym partnerem, eksłapaczem narkotykowych bossów z Teksasu (McConaughey), prowadzą śledztwo w sprawie wyjątkowo wymyślnego morderstwa młodej kobiety. Wszystko wskazuje na to, że był to mord rytualny i że chodzi o seryjnego zabójcę. Jednocześnie oglądamy drugi plan czasowy: w roku 2012 postarzali dawni partnerzy opowiadają (każdy z osobna) swoją wersję wydarzeń sprzed lat. Początkowo możemy się tylko domyślać dlaczego. Serial zagrany jest perfekcyjnie, opowiedziany uwodzicielskimi, długimi ujęciami, w których Luizjana nabiera charakteru odrealnionej krainy zła, gdzie wszystko zdarzyć się może. Nietypowy to kryminał, w którym zamiast strzelanin mamy dysputy na temat filozofii i percepcji rzeczywistości. Efekt jest taki, jakby skrzyżować „Siedem” Davida Finchera z „Miasteczkiem Twin Peaks” i powieściami Jamesa Lee Burke’a. Nie na każdy gust, jednak smakosze tego typu dań będą zachwyceni. •