Trzydzieści cztery lata po turnieju z „Karate Kid” Johnny Lawrence wskrzesza szkołę Cobra Kai, a Daniel LaRusso przekazuje filozofię pana Miyagiego nowemu pokoleniu. Piotr Gociek chwali opowiedzenie historii głównie z perspektywy dawnego czarnego charakteru, którego William Zabka zmienia w najbardziej zniuansowaną postać serialu. To zajmująca i pełna humoru opowieść o błędach, uprzedzeniach oraz dzieciach obciążonych pomyłkami rodziców, która z wdziękiem wykorzystuje nostalgię za latami 80.
rzydzieści cztery lata po wydarzeniach z filmu „Karate Kid” główni bohaterowie powracają. Daniel LaRusso (wciąż Ralph Macchio) ma wspaniałą rodzinę i dobrze prosperujący biznes, jego dawny rywal Johnny Lawrence (wciąż William Zabka) wegetuje z dnia na dzień, bo nic mu w życiu nie wyszło. Słynny turniej karate z 1984 r. okazał się punktem zwrotnym w ich życiu i wskazał drogi, którymi ostatecznie podążyli. W popkulturze jednak nic nigdy się nie kończy, więc gdy Lawrence wskrzesi niesławną szkołę karate Cobra Kai, to LaRusso postanowi przekazać swą wiedzę o filozofii sztuki walki następnemu pokoleniu. Sympatyczny pan Miyagi
T
(pamiętny i nominowany do Oscara Pat Morita) już nie żyje, ale jego duch się unosi. Historia opowiadana jest przede wszystkim z punktu widzenia Lawrence’a, czyli czarnego charakteru oryginalnych dwóch filmów. W „Cobra Kai” okazuje się on zresztą postacią najciekawszą, najbardziej zniuansowaną, a William Zabka gra go przekonująco. „Cobra Kai” to opowieść o tym, czy potrafimy wyciągnąć wnioski z dawnych błędów, o tym, jak często bywamy niewolnikami własnych uprzedzeń, ale przede wszystkim o rodzicach i dzieciach, które stają się – zbyt często – zakładnikami pomyłek
popełnianych przez poprzednie pokolenie. No i o tym, że nie ma złych uczniów, są jedynie źli nauczyciele. „Cobra Kai” żeruje na wielkim hicie kinowym sprzed lat i na nostalgii, jaką otoczone są dziś nie tylko w kinie lata 80., czyni to jednak z humorem, wdzięcznie i zajmująco. W swoim gatunku, czyli kalifornijskiej bezpretensjonalnej rozrywki, jest to osiągnięcie znaczące. Bohaterowie są sympatyczni, obsada przyzwoita i mimo że to serial m.in. o rywalizacji dwóch szkół karate, przemocy jest w nim niewiele, w dodatku w porównaniu ze współczesną serialową normą jest to raczej przemoc niewinna. Serial premierę miał dwa lata temu na YouTube Prime i był chętnie oglądany, ale pozostawał gdzieś na obrzeżach głównego nurtu. Jak informuje amerykański „Forbes”, po premierze pierwszych dwóch sezonów w Netflixie natychmiast stał się hitem numer jeden w USA. Sezon trzeci został już nakręcony, jego premiera wkrótce. Coś mi mówi, że nie będzie to sezon ostatni.