Breaking Bad opowiada o śmiertelnie chorym na raka nauczycielu chemii, który zaczyna produkować metamfetaminę, by zabezpieczyć rodzinę po własnej śmierci, łącząc obyczajowy dramat z czarnym humorem kryminału w klimacie przypominającym film braci Coen. Pierwsze, mocno makabryczne odcinki bywają trudne w odbiorze, ale to w tym sezonie rozstawiani są bohaterowie i ustalany ton historii. Pełna przemiana głównego bohatera z sympatycznego nieudacznika w odpychającego przestępcę ujawnia się dopiero w kolejnych sezonach tego głośnego serialu.
Pierwszy sezon jednego z najgłośniejszych seriali ostatnich lat trafił w Polsce do sprzedaży tuż przed tegoroczną ceremonią wręczenia Złotych Globów, która była zarazem pożegnaniem z „Breaking Bad”. Bryan Cranston grający w nim główną rolę kończy trwającą pięć sezonów przygodę z dorobkiem trzech nagród Emmy i jednym Złotym Globem (najlepszy aktor serialowy). „Breaking Bad” to drugi (po „Mad Men”) przebój amerykańskiej kablowej sieci AMC, która szukała projektów kontrowersyjnych, odmiennych od typowej rozrywki telewizyjnej. Opowieść o śmiertelnie chorym na raka nauczycielu chemii, który zostaje producentem metaamfetaminy, taką właśnie się okazała. Serial balansuje na krawędzi obyczajowego dramatu i przesyconego czarnym humorem kryminału. Oglądając go odcinek po odcinku, ma się wrażenie obcowania z wydłużonym filmem braci Coen. Początki są trudne – dwa, trzy pierwsze mocno makabryczne epizody oferują widzowi nie tylko prowokacyjną tezę (patrzcie, producent i handlarz prochów jest postacią pozytywną, w dodatku działa w tej branży, żeby zapewnić rodzinie byt nawet po własnej śmierci). Jednak z wolna akcenty się przesuwają. W pierwszym sezonie, który rozprowadza całą historię, ustawia jej ton i rozstawia na szachownicy bohaterów, jeszcze nie widać w pełni zamysłu twórców. Jednak w kolejnych seriach można zobaczyć, jak główny bohater z sympatycznego fajtłapy zmienia się w odpychającego przestępcę. W końcu – jak głosiło jedno z haseł promujących inny serial: „Zakazane imperium” – gangsterem nie da się być na pół gwizdka.