Film Damiena Chazelle'a pokazuje misję Apollo jako trudny i gorzki wysiłek, skryty za propagandowymi zdjęciami fetowanych astronautów - pełen potu, krwi, łez i osobistych poświęceń. W przeciwieństwie do kowbojskiego wydźwięku wcześniejszego filmu o podboju kosmosu, reżyser stawia na mroczną, szczerą narrację. Ryan Gosling jako Neil Armstrong tworzy mocną kreację, a Claire Foy w roli jego żony wypada równie dobrze. To jeden z mocno niedocenionych filmów 2018 roku.
Świetny „Pierwszy krok w kosmos” (1983) Philipa Kaufmana sławił heroizm i brawurę pierwszych pilotów maszyn naddźwiękowych oraz przyszłych kosmonautów. Było też o ciemnych stronach, ale rzadko, bo całość jednak miała nieco kowbojski wydźwięk. „Pierwszy człowiek” Damiena Chazelle’a (autora „La La Land”) przypomina, jak wielkim, trudnym i często gorzkim wysiłkiem okupiony był sukces misji Apollo. Za kulisami propagandowych zdjęć fetowanych przez tłumy astronautów kryją się pot, krew, łzy, osobiste poświęcenie, walka z własnymi demonami. Udany lot na Księżyc był kosztownym cudem, spójrzmy, jak trudno dziś, przy o wiele bardziej zaawansowanej technologii, powtórzyć ten wyczyn. Chazelle nakręcił świetny, mroczny film, w którym Ryan Gosling jako Neil Armstrong stworzył mocną kreację, a Claire Foy w roli żony astronauty nie jest gorsza. To jeden z mocno niedocenionych filmów roku 2018. Cóż, nie afirmuje żadnej mniejszości, lecz opowiada o sukcesie cywilizacji białego człowieka.