Alex Garland przenosi na ekran przekombinowaną, postmodernistyczną powieść Jeffa VanderMeera, tworząc nastrojową opowieść o nadchodzącej zagładzie i siłach, którym ludzkość nie jest w stanie się przeciwstawić. Reżyser „Ex Machiny” trafił z obsadą i łączy sceny przepiękne z absolutnie przerażającymi, kręconymi z talentem porównywalnym do „Obcego” czy „The Thing”. Intryga bywa nieco mętna, a efekty specjalne w finale nie są najlepsze, ale to mimo wszystko wydarzenie przywodzące na myśl „Solaris” i „Piknik na skraju drogi”.
Ponad rok po premierze w Netflixie film Alexa Garlanda trafia na płyty DVD i Blu-ray. Pisałem o nim wtedy, że to jeden z najlepszych filmów science fiction ostatnich lat i zdania nie zmieniłem, choć usłyszałem sporo protestów od czytelników, którzy mają inną opinię. Po pierwsze: twórcy „Ex Machina” udało się ciekawie przełożyć na język kina przekombinowaną postmodernistyczną powieść Jeffa VanderMeera. Po drugie: trafił z obsadą. Po trzecie: w odróżnieniu od twórców filmów głośnych i głupich nigdzie się nie spieszył, tworząc nastrojową opowieść o nadchodzącej zagładzie i siłach, z którymi ludzkość nie może się mierzyć. Porównania z „Solaris” czy „Piknikiem na skraju drogi” są uzasadnione. Po czwarte: połączył w „Anihilacji” sceny przepiękne z absolutnie przerażającymi, te ostatnie kręcąc z talentem na miarę „Obcego” Ridleya Scotta czy „The Thing” Johna Carpentera. Przymykam więc oko na pewną mętność intrygi oraz nie najlepsze efekty specjalne w finale. To mimo wszystko wydarzenie.