Genialny oszust zostaje zwerbowany przez FBI do łapania innych oszustów. Mocnymi stronami są inteligentny scenariusz, nieoczywisty humor, brawurowa obsada, portret końca lat 70. oraz pytania o zaufanie, zdradę i oszustwo przenikające politykę, biznes i wymiar sprawiedliwości.
Ze wszystkich nominowanych w tym roku do Oscara filmów to „American Hustle” ma największą szansę na długi żywot w pamięci kinomanów. Trudno sądzić, by ktoś z własnej woli miał ochotę na ponowne obejrzenie „Zniewolonego” czy „Witaj w klubie”. Także „Grawitacja” – mimo całej maestrii – to film raczej jednorazowego użytku. „American Hustle” to natomiast danie do smakowania wielokrotnego. Inteligentny, skrzący się nieoczywistym humorem scenariusz znalazł perfekcyjnych wykonawców w plejadzie najlepszych dziś amerykańskich aktorów średniego i młodego pokolenia. Christian Bale, Jennifer Lawrence, Amy Adams, nawet drewniany na co dzień Bradley Cooper – wszyscy spisali się na medal. Nawet epizody są tu obsadzone i zagrane brawurowo (spójrzmy na Roberta De Niro). Opowieść o genialnym oszuście, który zwerbowany zostaje przez FBI do łowienia innych oszustów, dostarcza jednak satysfakcji wychodzącej poza przyjemność płynącą z obserwowania gry w policjantów i złodziei. Mamy tu prowokacyjne pytanie o to, na ile współczesny świat (wraz z polityką, wymiarem sprawiedliwości i biznesem) to rodzaj parady oszustów, mamy uwodzicielski portret późnych lat 70., mamy wreszcie sporo psychologicznej prawdy o międzyludzkich relacjach, w szczególności gdy chodzi o kwestie zaufania i zdrady. „American Hustle” to film mądry, na długo zostający w pamięci i zadający niewygodne pytania o to, czym naprawdę jest american dream. Nic dziwnego, że amerykańska akademia filmowa nominowała go w aż 10 kategoriach, ale zabrakło jej odwagi, by nagrodzić choć jedną statuetką.