Dokument opowiada historię Matsa Steena, Norwega z rzadką dystrofią mięśniową Duchenne'a, który od dziesiątego roku życia poruszał się na wózku i zmarł w wieku 25 lat. Po jego śmierci rodzice odkrywają, że syn zbudował w internetowej grze prawdziwe przyjaźnie i przeżył rzeczy niedostępne mu w realnym życiu – taniec, walkę z potworami, pierwszy pocałunek. Film nie jest laurką dla ucieczki w wirtualny świat, bo pokazuje też, że bohater nie mógł uciec od lęku przed ujawnieniem swojej choroby.
Uśmiercenie głównego bohatera w pierwszym kwadransie filmu – rzecz trudna do przełknięcia. A w dokumencie wydaje się wręcz niemożliwa. Tak dzieje się w filmie „Wyjątkowe życie Ibelina”, opowieści o Matsie Steenie, norweskim dzieciaku urodzonym z rzadkim defektem genetycznym – dystrofią mięśniową Duchenne’a. Po pierwszych latach życia mięśnie zaczynają zanikać, mało kto dożywa dorosłości; Steen zmarł w wieku 25 lat, przy czym od 10. roku życia musiał poruszać się na wózku. Ale w tym przypadku śmierć jest początkiem nowej historii. Zdumieni rodzice odkrywają, że słowa współczucia zaczynają napływać do nich od dziesiątek,
w grze. Cynik powie, że to po prostu kolorowa reklamówka „World of Warcraft”, kto inny (zaliczam się do innych) dostrzeże, że cyberprzestrzeń stała się dla bohatera filmu namiastką prawdziwego życia. Ze swoimi przyjaciółmi z gry mógł na ekranie biegać, tańczyć, walczyć z potworami, a nawet – wirtualnie – przeżyć pierwszy pocałunek. Żadnej z tych rzeczy nie było mu dane zaznać w realu. „Wyjątkowe życie Ibelina” nie jest reklamą wylogowania się z prawdziwego życia i obietnicą raju w wirtualu, bo Mats w pewnym momencie odkrywa, że kogokolwiek by udawał, nie da rady uciec od swoich prawdziwych problemów. Radość z bycia kimś ważnym i szanowanym w życiu innych ludzi pryska, gdy zmagasz się z własnym lękiem przed ujawnieniem prawdy o chorobie. Prorocy transhumanizmu obiecują nam lekarstwo na życie w postaci oddzielenia duszy od ciała. Na nic to lekarstwo, kiedy dusza cierpi.