Louis Bloom porzuca drobne złodziejstwo dla kariery wolnego strzelca dostarczającego telewizji drastyczne nagrania - bez sumienia, dzięki czemu jego materiał bije konkurencję. Perfekcyjnie manipuluje zatrudnionym przez siebie biedakiem, oszukuje policję i owija sobie wokół palca szefową nocnej zmiany w podrzędnej stacji telewizyjnej. Dan Gilroy jako reżyser i scenarzysta stawia niewygodne pytanie, czy widzowie łaknący krwawych materiałów i media chowające się za hasłem „ludzie tego chcą” nie są równie potworni jak jego bohater.
Pamiętacie Nicole Kidman z filmu „Za wszelką cenę” (1995)? Grała w nim telewizyjną prezenterkę, która nie cofnie się przed niczym, by zrobić karierę. Louis Bloom, bohater grany przez Jake’a Gyllenhaala, to podobny gość. Tyle że jego marzeniem nie jest brylowanie na wizji, lecz pociąganie za sznurki. Bloom zamienia los złodziejaszka na karierę wolnego strzelca dostarczającego stacjom telewizyjnym drastyczne materiały. Nie ma sumienia, więc i towar ma lepszy od konkurencji. Oczywiście chodzi o pieniądze. Władza jest jednak ważniejsza. Perfekcyjnie więc manipuluje biedakiem, którego zatrudnia, oszukuje policję, okręca sobie wokół palca podstarzałą szefową nocnej zmiany w podrzędnej stacji TV. Louis Bloom jest potworem. Jednak czyż my wszyscy nimi nie jesteśmy? – pyta reżyser i scenarzysta Dan Gilroy. My, widzowie lubiący do śniadania obejrzeć coś krwawego, my, pracownicy i właściciele mediów chowający się za wymówką „Ludzie tego chcą”. Nic dziwnego, że z takim przesłaniem „Wolny strzelec” nie wzbudził entuzjazmu członków akademii przyznającej Oscary. Za bardzo bolało.