Czwarty sezon to najlepsza dotąd odsłona serialu – mroczniejsza, bo zło z Drugiej Strony przybiera postać groźnej Vecny, ale przede wszystkim wzruszająca dzięki delikatnemu portretowi dorastających bohaterów mierzących się z pierwszymi miłościami i próbą ocalenia dawnych przyjaźni. Ciekawie prowadzony wątek przeszłości Jedenastki dodaje historii głębi. Zastrzeżenia budzi naciągany wątek sowiecki oraz coraz bardziej manieryczna gra Winony Ryder.
Sześć lat minęło od premiery pierwszego sezonu i narodzin popkulturowego fenomenu, jakim okazała się popularność serialu braci Duffer „Stranger Things”. Bohaterowie dorastają, zmienia się klimat. Historia, która z początku była pastiszem klimatów ze Stevena Spielberga i Stephena Kinga, teraz zamieniła się w opowieść bardziej spowinowaconą z „Koszmarem z ulicy Wiązów” czy „Egzorcystą”. Zmienił się też styl opowiadania – każdy z siedmiu odcinków czwartego sezonu (będą jeszcze dwa epizody – na początku lipca) to właściwie pełnometrażowy film, najdłuższy z nich liczy ponad półtorej godziny. Starzy znajomi rozdzieleni w finale sezonu trzeciego prowadzą osobne życie – jedni w Kalifornii, inni wciąż w miasteczku Hawkins. A jeden nawet w rosyjskim więzieniu na Kamczatce. Jedno się nie zmieniło – w tajemniczym alternatywnym wymiarze zwanym Drugą Stroną wciąż czai się zło szukające wrót do naszego świata. Objawia się w formie tajemniczej istoty zwanej Vecną, która buduje swoją moc, odbierając życie kolejnym ofiarom i żerując na ich wyrzutach sumienia. Klimat robi się coraz bardziej mroczny, ale najnowszy sukces bracia Duffer zawdzięczają nie warstwie fantastycznej, lecz delikatności, z jaką opisują relacje między młodymi bohaterami. Ci weszli już w trudny czas pierwszych miłości (i pierwszych wątpliwości); próbują znaleźć dla siebie nowe miejsce, a jednocześnie pielęgnować dawne przyjaźnie. Kibicujemy im, kibicujemy mocno, bardziej przejmując się tym, czy ocalą to, co ważne, niż tajemnicą nowego potwora z Drugiej Strony. Jednocześnie wiele ciekawych rzeczy dzieje się w warstwie fabularnej – wreszcie poznajemy przeszłość Jedenastki, obdarzonej szczególnymi mocami dziewczyny wychowanej w tajnym laboratorium. Czwarty sezon „Stranger Things” jest najlepszy z dotąd nakręconych, ale nie ostatni. Zwieńczy go sezon piąty, a potem – być może – nadejdzie pora na szalony spin-off (na razie jego sekretu bracia Duffer nie zdradzili nawet Netflixowi). Żeby nie poprzestać na słodzeniu: wątek sowiecki robi wrażenie wciśniętego na siłę tylko po to, by pozbawić nastoletnich bohaterów opieki dorosłych. Winona Ryder gra już tak manierycznie, że jej postać zamienia się w karykaturę samej siebie z pierwszego sezonu. No i widać, że dzieciaki starzeją się nierówno (to już nie wina twórców) – Nancy Wheeler (gra ją Natalia Dyer) wygląda już, jakby była 30-letnią bibliotekarką.