Mroczny, znakomicie zagrany dramat true crime wciąga w labirynt rodzinnych kłamstw i konkurujących ze sobą wersji prawdy o śmierci Kathleen Peterson.
„Kto zabił?”, „Czy zabił?” – tradycyjne pytania z opowieści kryminalnych trafiają w „Schodach” na drugi plan. Ważniejsze staje się: Co, u licha, tak naprawdę dzieje się z rodziną Petersonów?
Pierwsze minuty serialu „Schody” przekonują nas, że nawet gdy mowa o historii, która wydarzyła się naprawdę, opowieść fabularna jest wyborem bez porównania lepszym niż film dokumentalny. True crime święci w ostatnich latach triumfy, na efektowne montaże zeznań świadków, ofiar, policjantów prowadzących śledztwo – a czasem i sprawców – wydawane są coraz większe pieniądze, nic jednak nie jest w stanie równać się z prawdziwym zmyśleniem. Dobremu reżyserowi wystarczy kilka ujęć, by złapać widza za łeb i wciągnąć wprost do kreowanego świata; utalentowanemu aktorowi wystarczą strzępy dialogu, by stworzyć intrygującą postać. W „Schodach” wszystko to dzieje się w ciągu kilku minut, zaiste reżyser jest bardzo dobry, a w obsadzie utalentowanych aktorów nie brakuje. Para nastolatków wraca ze świątecznej imprezy; jest chłodny grudniowy wieczór. Były drinki, zabawa, przyjaciele, jest więc też nadzieja na ciąg dalszy. Pod rezydencją państwa Petersonów stoją jednak samochody policyjne i karetka. Wewnątrz zrozpaczony ojciec, ciało matki leżące przy kuchennych schodach, funkcjonariusze, taśma, kamery. „Coś jest nie tak, coś jest nie tak” – powtarza Michael Peterson, kryjąc twarz w dłoniach. To on znalazł żonę, to on zawiadomił pogotowie ratunkowe. Wstrząśnięty syn pyta policjantkę, czy mogą przysłać specjalistę od traumy, tymczasem po chwili do domu wkracza policjant ogłaszający dom sceną zbrodni. Sprawa Michaela Petersona była już tematem głośno komentowanej miniserii. Stworzył ją Jean-Xavier de Lestrade w 2004 r. dla francuskiego Canal+ (produkcja powstała w języku angielskim, więc szybko obiegła resztę świata). Teraz historia śmierci Kathleen Peterson, długiego dochodzenia do prawdy oraz
procesu (a nawet dwóch procesów) powraca w fabularnym serialu Antonia Camposa dla HBO Max. DUSZE W UDRĘCE Kilka słów dla tych, którym rzecz umknęła, gdy opisywały ją gazety. Michael Peterson to weteran marines i pisarz (w Polsce ukazały się dwie z jego powieści: „Czas wojny” i „Gorzki pokój”). Ma też w życiu epizod polityczny, ale jego marzenia o wielkiej karierze zostały rozbite za sprawą dość dowolnego obchodzenia się z prawdą o własnej żołnierskiej przeszłości (nigdzie nie prześwietla się kandydatów tak dobrze jak w USA). Media miały używanie, a wyjaśnianie sprawy śmierci Kathleen Peterson zajęło 15 lat. W tym czasie doszło do jednego z najdłuższych procesów sądowych w dziejach Karoliny Północnej. A także do wydania kontrowersyjnego wyroku, gwałtownych zmian frontu wśród familii
Będziecie zdumieni, ile kolejnych warstw uraz, konfliktów, kłamstw i podejrzanych zbiegów okoliczności zmieściło się w tej opowieści
Petersonów (sklejonej z różnych rodzin, bo małżonkowie mieli dzieci z poprzednich związków) oraz ujawnienia niepokojących faktów z przeszłości nie tylko oskarżonego (jego pierwsza żona zmarła w identycznych okolicznościach). Campos, twórca m.in. filmu „Diabeł wcielony”, szykował się do nakręcenia „Schodów” od roku 2008. Zebrał zacne grono sojuszników. Główną rolę zagrał Colin Firth, w rolę Kathleen Peterson wcieliła się Toni Collette. Świetnie obsadzono role ich dzieci: adoptowaną
córkę Petersona (rodzina była mocno patchworkowa) gra Sophie Turner (pamiętamy ją jako Sansę z „Gry o tron”), jako synów widzimy Danego DeHaana i Patricka Schwarzeneggera, stawkę uzupełniają Odessa Young i Olivia DeJonge. Całkiem spora gromadka, wśród której relacje bywają różne, a podziały zostaną za chwilę pogłębione, gdy w sprawę Kathleen Peterson wmieszają się prawnicy. Coś gnije w tym pięknym domu w Durham (Karolina Północna), domyślamy się już w chwili, gdy całą gromadkę widzimy po raz pierwszy. Ale co? Życie pisze najdziwniejsze scenariusze; będziecie mocno zdumieni, ile kolejnych warstw uraz, konfliktów, kłamstw i podejrzanych zbiegów okoliczności zmieściło się w tej opowieści. Klimat jest mroczny, intencje niejasne, dusze w udręce. Niektórzy amerykańscy recenzenci używają, opisując „Schody”, terminu „american gothic”. Coś w tym
jest, bo rezydencja Petersonów to taki nawiedzony zamek, tyle że znajdziemy w nim nie widma byłych lokatorów, lecz echa dawnych kłamstw. Szczegółów podawał nie będę, by nie psuć widzom przyjemności oglądania tej produkcji. PODOBNY, TYLKO LEPSZY Serial Antonia Camposa to przykład produkcji charakterystycznych dla HBO w ostatnich latach: dramaty psychologiczno-kryminalne rodzinne dla dorosłych, w wyśmienitej obsadzie, często na podstawie popularnych powieści (wspomnijcie wszystkie te „Wielkie kłamstewka”, „Od nowa” czy „Ostre przedmioty”). Jest jednak od nich, mam wrażenie, lepszy, bo wykraczając – tak jak i one – poza proste kwestie „Kto zabił”, „Czy zabił?” i przyglądając się dysfunkcyjnym relacjom rodzinnym, niesie zarazem intrygujące pytanie o to, jak różne są prawdy rozmaitych bohaterów. A mamy
przecież tu także prawdę sądu, prawdę prokuratora, prawdę mediów i… prawdę dokumentu: otóż sprawa Petersonów była, jak wspomniałem, przedmiotem serialu dokumentalnego. Campos wprowadza jego autorów na scenę swojej opowieści (twórców francuskiej serii true crime grają Vincent Vermignon i Juliette Binoche). Reżyser nakłada w ten sposób na całą historię jeszcze jeden filtr. Przybysze, rejestrując wypowiedzi bohaterów, sami zastanawiają się nad tym, co tak naprawdę usłyszeli, komu można wierzyć, kto budzi wątpliwości. Prowadzą też własne dziennikarskie dochodzenie – które zresztą było istotną częścią dochodzenia do prawdy. O ile do niej doszliśmy, bo nie bez powodu mottem, które widzimy na początku pierwszego odcinka, są słowa z Ewangelii św. Jana, w których Piłat zastanawia się nad tym, cóż to właściwie jest prawda. KOLEJNE WERSJE PRAWDY Pod koniec powieści Michaela Petersona „Czas wojny” amerykański generał próbuje przekonać ambasadora w Wietnamie, że przebieg niedawnych wydarzeń (chodzi o ofensywę Tet) i ich prawdziwe znaczenie różnią się zdecydowanie od informacji i interpretacji trafiających do Waszyngtonu. Generała martwi nie tylko to, że kolejne decyzje mogą być podejmowane na podstawie fałszywych przesłanek, lecz także to, że „to, co zrobią z tego środki masowego przekazu, zostanie uznane za werdykt historii”. Kto opowiada, ten ma władzę nad prawdą, w „Schodach” bardzo uważnie trzeba śledzić kolejne wersje prawdy. Nie było w HBO (obecnie już HBO Max) równie dobrego serialu od czasów „Mare z Easttown”. Robota aktorska jest w „Schodach” wyśmienita, narracja wciągająca, ręka reżysera pewna. Nad wszystkim góruje zaś Colin Firth, tworzący kreację wybitną. Aby było przekonujące, prawdziwe zmyślenie potrzebuje prawdziwych talentów. Tak jest tym razem.