ReżyseriaLee Daniels
WystępująAndra Day, Trevante Rhodes
Rok produkcji2021

Biograficzny dramat redukuje burzliwe życie Billie Holiday do politycznej tezy, a mimo udanej roli Andry Day rozpada się narracyjnie i nuży.

C

zy można dostać Oscara za rolę w złym filmie? Pewnie tak, jest nominacja, a wcześniej Złoty Glob już do Andry Day za występ w filmie „Billie Holiday” powędrował. Przekonamy się. Nie zmienia to faktu, że najnowsze dzieło Lesa Danielsa („Hej, skarbie”, „Pokusa”, „Kamerdyner”) zawodzi. Ani to biografia, ani love story, raczej film „na ważny temat”, tyle że materia rwie się twórcy w rękach. Reżyser inspirował się jednym z rozdziałów znanej także w Polsce książki Johanna Hariego „Ścigając krzyk. Dzieje wojny z narkotykami”, w którym opisano, jak agenci federalni tropili Billie Holiday, próbując

przymknąć ją za posiadanie heroiny. Owe łowy na słynną wokalistkę są osią fabularną scenariusza. Hoover bluesowej legendy nie cierpi, bo Billie śpiewa niewygodne dla rządu piosenki, ale za śpiewanie do więzienia w USA nie zamykają. Za to za narkotyki owszem, więc trzeba artystce prochy podrzucić. Uwaga! Jeden z agentów ma wyrzuty sumienia i w dodatku zadurzy się w piosenkarce. Niby prosta opowieść o politycznej zemście i podłej prowokacji, ale moment, moment – Holiday naprawdę ćpała na potęgę, a i za kołnierz nie wylewała. Teza, że wszystko w jej życiu się sypało w wyniku spisku złowrogiego rządu USA, nie jest prawdziwa. Zresztą

opowiadał o tym m.in. świetny film z 1972 r. „Lady Sings the Blues”, w którym w Billie Holiday wcieliła się Diana Ross. Pierwsze skojarzenie: widzieliśmy niedawno inną podobnie rozsypaną historię, to znaczy film „Capone” Josha Tranka. Obie produkcje łączą bardzo znani bohaterowie, wielka ochota na nietypowe podejście do głównej postaci i ostateczne fiasko, bo prócz oryginalnego pomysłu trzeba jeszcze całość ciekawie opowiedzieć. Billie Holiday była za życia ofiarą przemocy, gwałtu, rasizmu i nałogów. Sześć dekad po śmierci okazuje się, że padła też ofiarą reżysera, który zredukował jej życie do politpoprawnej agitki z tezą: „Biały rząd zabił czarną gwiazdę”. Chciał Daniels pokazać Billie Holiday jako zapomnianą bojowniczkę o obywatelskie wolności – jego prawo, jego pomysł. Gdyby zrobił to w sposób pasjonujący, tobym bił brawo. Kłopot w tym, że okrutnie mu się to wszystko posypało i wyszły nudy na pudy. Zostaje nam ciekawa kreacja Andry Day i trochę dobrej muzyki.

← PoprzedniaNastępna →