Pierwszy sezon „The Bear” to świetnie napisany i zagrany komediodramat o traumie, wybaczeniu oraz wspólnocie rodzącej się w chaosie chicagowskiej kuchni.
Jak żyć? Bez wybaczenia sobie i innym to niemożliwe. „The Bear” to jeden z najlepszych seriali ostatnich lat
Jeden z moich ulubionych odcinków komiksu „Garfield” – Jon, właściciel leniwego kocura – jedzie na farmę swoich rodziców. Podczas gdy na pierwszym planie w kolejnych kadrach trwa wymiana zdań na rozmaite tematy, w tle każdego obrazka stoi mama Jona i woła za każdym razem to samo: „Jedz! Jedz! Jedz!”. Skąd my to znamy?! Jedzenie to sprawa poważna, wyrażamy miłość poprzez przygotowanie i dzielenie posiłków, łamiemy chleb w geście przyjaźni i wspólnoty – gość czuje się po tym geście bezpieczny – nie zapominajmy także o symbolice religijnej. Serial „The Bear”, znakomita produkcja FX dostępna od niedawna w serwisie Disney+, jest opowieścią o wielu rzeczach, ale m.in. o wspólnocie, którą tworzy wspólne przygotowywanie posiłków. Bohaterowie nie do końca zdają sobie z tego sprawę, każdy ciągnie w swoją stronę i z własnych powodów, ale z czasem ułoży się z tego szerszy obraz. Dwa słowa o zawiązaniu akcji: dotychczasowy właściciel knajpy Beef popełnił samobójstwo. Jego miejsce zajmuje młodszy brat, prowadzący dotąd życie kulinarnej gwiazdy (gotował w najlepszej restauracji świata). Wraca do podrzędnej i targanej konfliktami spelunki, żeby… No właśnie – dlaczego? Na razie wiemy jedno – odziedziczył jedynie długi i kłopoty. KUCHARZENIE NA EKRANIE Mieliśmy w ostatniej dekadzie sporo ciekawych opowieści z kuchni; myślę, że spory udział w powstaniu tego trendu miał Anthony Bourdain, który najpierw w książkach, a potem w programach telewizyjnych szczerze opowiadał o blaskach i cieniach życia restauracyjnych szefów. Wymagania wysokie, mnóstwo przeciwności, ani chwili na wytchnienie i nieustanne ciśnienie: wszyscy cię ciągle oceniają, właściciel, kulinarni krytycy, a przede wszystkim klienci – z każdym zjedzonym kęsem, z każdą spożytą potrawą. Kuchnia jako życie? O tak, bardzo to pasuje. Cała zabawa ma sens tylko wtedy, gdy kucharzenie nie jest jedynie nieistotnym tłem, źródłem kolorytu lokalnego, a jedzenie pełni jakąś rolę – poza dekoracyjną. W filmie „Szef” („Chef”, 2014) grany przez reżysera Jona Favreau szef eleganckiej restauracji rzuca w diabły robotę, kupuje stary food truck i jedzie przez Amerykę, karmiąc ludzi kanapkami. Najważniejsza jest jednak relacja ojciec – syn. W tej podróży tata przypomni sobie o tym, co jest w życiu naprawdę ważne, a syn nawiąże z odległym, wiecznie zapracowanym ojcem nić porozumienia. W późniejszym o rok filmie Johna Wellsa „Ugotowany” („Burnt”, 2015) oglądamy Bradleya Coopera jako osobnika tyleż utalentowanego kulinarnie, co irytującego. Kiedyś popularny i bogaty, teraz po tysiącu dni abstynencji i terapii (uzależnienie od narkotyków, alkoholu i seksu) próbuje wrócić na szczyt i zdobyć swoją trzecią gwiazdkę Michelina. „Wszyscy kochają Jonesa, lecz on zdaje się tego nie zauważać. Tymczasem gdyby nie ludzie wokół niego, nigdy nie dałby rady odbić się od dna. Przestań być dupkiem, a życie uśmiechnie się do ciebie – tak brzmi prawdziwy tytuł tego filmu” – pisałem w recenzji na łamach „Do Rzeczy” (nr 7/2016). Jedna z ładniejszych scen z tego filmu rozgrywa się nad patelnią świeżo usmażonej jajecznicy (pojednanie przez gotowanie). I bardzo ciekawa rzecz dzieje się na końcu: główny bohater z zadufanego, przemądrzałego i trudnego do zniesienia dupka zamienia się w szefa zasiadającego do wspólnego posiłku ze swoją załogą. To jego prawdziwa rodzina. Podobne przesłanie znajdziemy w „The Bear”, serialu świetnie napisanym i doskonale zagranym. Powrócić bowiem trzeba do pytania, które zadałem wcześniej: Dlaczego właściwie wziął na siebie zadanie, które w oczywisty sposób pachnie katastrofą? Po pierwsze, wszyscy w chicagowskiej knajpie zmagają się z traumą po samobójczej śmierci poprzedniego właściciela, nikt nie rozumie, dlaczego do niej doszło. Po drugie, Carmy Berzatto (świetny Jeremy Allen White) ma wyrzuty sumienia, że był zbyt daleko, separując się nie tylko od brata, lecz także od reszty rodziny. Jest w tym wszystkim jednak coś więcej – szybko dostrzegamy, że znakomity kucharz, który mógłby krzyczeć „Jestem królem świata!”, ma poważne kłopoty ze sobą, że cena, którą zapłacił za sukces, była ogromna. Z początku kibicujemy mu bezwarunkowo. Bo jak nie trzymać jego strony? Poświęcił wszystko, żeby wrócić do korzeni i ratować, co się dało, kosztem zarwanych nocy, katorżniczej roboty, finansowych kłopotów. I jeszcze w dodatku nikt nie jest mu za to wdzięczny! Sprawy są trochę bardziej skomplikowane, bo symboliczny niedźwiedź, którego widzimy w pierwszej scenie filmu (Carmy ma dziwny sen: podchodzi do klatki stojącej na środku pustego mostu, otwiera ją, a z wnętrza wyłania się groźny zwierz), to oczywiście bestia, którą musi zwalczyć. Tym razem nie chodzi o to, że jest zaćpany (czy ktoś dziwiłby się, gdyby był?), ale o to, że z jakichś powodów bohater serialu „The Bear” zdaje się być w stanie nieustannej wojny z całym światem. Nie pogodził się ze śmiercią brata, nie potrafi nawiązać kontaktu z siostrą, nie potrafi być wyrozumiały dla siebie ani empatyczny dla innych; jedynym wyjściem zdaje mu się śrubowanie wymagań wobec siebie i innych. Trauma traumą, ale bez wątpienia duszą go także pycha i poczucie wyższości, przekonanie, że nikt poza nim nie jest w stanie uratować rodzinnego biznesu. Myli się. Nieformalna rodzina skupiona w restauracji (bardziej może: jadłodajni) Beef to gromadka bardzo ciekawa. Richie to dobry kumpel zmarłego brata, który traktowany jest jak członek rodziny, choć nim nie jest. Pracuje tu od lat i traktuje knajpę jako własną. Rozgadany, wybuchowy, uparty. Żeby było śmieszniej, pochodzi z polskiej rodziny, która udaje Włochów. Tina, latynoska kucharka, jest w Beef od zawsze (gdy ktoś ją denerwuje, udaje, że nie rozumie angielskiego). Marcus, cichy i nieśmiały, ale drzemie w nim wielki talent mistrza wypieków. No i wreszcie jest nowa postać w kuchni, młodziutka, ale piekielnie utalentowana Sydney (gra ją znakomicie Ayo Edebiri), którą Carmy zaczyna w pewnym momencie traktować niemal tak, jak jego traktowali najwięksi szefowie luksusowych restauracji (w retrospekcji na
Allen White, Ebon Moss-Bachrach, Ayo Edebiri, chwilę pojawia się przerażający Joel McHale jako mistrz mobbingu). KRYZYS ZA KRYZYSEM Na ekipę knajpy spada kryzys za kryzysem: jak nie kłopot z dostawcami, to awaria prądu, jak nie strzelanina przed witryną, to katastrofalna w skutkach wizyta inspektorki sanepidu. Każdy kryzys – i tu dochodzimy do tego, jak dobrze napisany jest ten komediodramat (twórcą serialu jest Christopher Storer) – wyzwala jednak w bohaterach coś nowego, rozwija ich, sprawia, że odkrywają w sobie coś nowego. To jednak nie wystarczy, żeby sprawy wróciły na właściwe tory. Carmy musi odkryć, że tak jak w gotowaniu trzeba zdjąć pokrywkę, żeby buzujące w garnku danie nie eksplodowało. Cały kłopot w tym, że to on jest tą pokrywką, że to on wywiera coraz większy nacisk – i na tych, którzy dookoła, i na siebie. Jest więc „The Bear” opowieścią o tym, że w pewnym momencie trzeba odpuścić, pozwolić sobie na nowy początek, wyzwolić się z obsesji, które trzymają nas w traumach przeszłości. Przestać się katować rzeczami, na które nie mamy wpływu (Carmy jest niezdolny do zrozumienia, dlaczego brat odebrał sobie życie, i wręcz zdaje się mieć oto do nieboszczyka głębokie pretensje). Nie znaczy to zapomnieć albo przestać poważnie traktować życie. Po prostu odpuścić: wybaczyć sobie i innym, wziąć głęboki oddech i zacząć na nowo. Zmiana jest jedyną rzeczą niezmienną w naszym życiu; w serialu oglądamy też ukazywane melancholijnie Chicago, które jest kolejnym bohaterem opowieści. Postacie z „The Bear” dostrzegają, utyskują, wspominają: tu była knajpa, której już nie ma. Ten bar zabity został przez COVID, tam budynki rosną, a tam są wyburzane. To już nie jest to samo miasto – powie pesymista. Części się zmieniają, ale całość pozostaje – odpowie optymista. W istocie wyboru między tymi punktami widzenia muszą dokonać bohaterowie serialu „The Bear”, patrząc na to, co dzieje się z ich ukochanym/znienawidzonym miejscem pracy, miejscem życia. Nie oni jedni. Czekam niecierpliwie na drugi sezon.