Wybitna policyjna miniseria Davida Simona i George'a Pelecanosa z mistrzowskimi dialogami pokazuje korupcję w Baltimore oraz konflikt między wolnością a bezpieczeństwem.
Na pozór „Miasto jest nasze” to po prostu kolejna opowieść o policji, tyle że wybitna. Stawia jednak poważniejsze pytania
Piękne jest przemówienie doświadczonego policjanta w pierwszej scenie serialu. Mocna, męska mowa o tym, co najważniejsze w pracy dobrego gliniarza. O tym, że brutalność nie ma sensu nie dlatego, że zakazują jej paragrafy, ale dlatego, że jest nieskuteczna: stajesz się wrogiem społeczności, którą masz chronić i z którą musisz żyć w symbiozie. To od nich przecież możesz dostać informacje przydatne w zapuszkowaniu naprawdę złych ludzi: handlarzy narkotyków, sprzedawców broni, morderców.
Mowę wygłasza sierżant Wayne Jenkins, legenda policji z Baltimore, szef jednego z najważniejszych zespołów dochodzeniowych – Gun Trace Task Force (GTTF). Brawa są zasłużone, dobrze mówi. Jest tylko jeden problem: w następnej scenie widzimy, jak tenże sam Jenkins, napotkawszy drobnego żulika pociągającego z flaszki ukrytej w papierowej torbie, nie dość, że bez zastanowienia używa policyjnej pałki, to jeszcze robi to z miną nietykalnego króla okolicy. Z każdego cala tej postaci emanuje przesłanie: „Mogę wszystko”. Nie bez powodu nowy serial Davida Simona nosi tytuł „Miasto jest nasze” („We Own This City”). Nim dobiegnie końca pierwszy odcinek, ujrzymy jednak Jenkinsa w kajdankach. I nie będzie to pomyłka. KTO TU KOGO KRYJE? Wayne’a Jenkinsa gra Jon Bernthal i jest to jego najlepsza kreacja w karierze. Czterdziestopięcioletni aktor długo występował głównie w teatrze, kilka lat terminował
w telewizji, potem jego kariera przyspieszyła dzięki roli w serialu „The Walking Dead”. Ze względu na aparycję (może nie tylko – za młodu też sporo chuliganił) zwykle jest obsadzany w rolach twardzieli w filmach raczej prostych; konia z rzędem temu, kto wierzył, że jest w stanie pokazać coś więcej. W serialu „Miasto jest nasze” dostał trudne zadanie, z którego wywiązał się znakomicie. Jego Jenkins to człowiek czyniący zło, brutal i pyszałek, ale jednocześnie postać krucha, niepewna siebie. Jego droga od zakładania kajdanek bandziorom do chwili, kiedy sam zostanie skuty, jest bardzo długa. Serial rozgrywa się w kilku planach czasowych. Widzimy Jenkinsa jako świeżaka zaraz po policyjnej akademii – biednego, ambitnego, czupurnego i uczciwego. Widzimy, jak cieszy się z narodzin kolejnych dzieci i jak równie wielką (jeśli nie większą) radość sprawiają mu efektowne rajdy, po których może się pochwalić kolejnymi rekordami: skonfiskował tyle a tyle spluw, tyle a tyle
Nie bez powodu nowy serial Davida Simona nosi tytuł „Miasto jest nasze” („We Own This City”)
kilogramów narkotyków. Ale widzimy też, jak wprowadzający go w policyjne życie doświadczony oficer mówi, by zapomniał o wszystkim, czego się nauczył. Równolegle śledzimy losy Nicole Steele (Wunmi Mosaku), przedstawicielki Departamentu Sprawiedliwości zajmującej się łamaniem praw obywatelskich, która w nowym miejscu pracy orientuje się szybko, że mało gdzie są one łamane tak masowo jak w Baltimore, w dodatku przez lokalną policję. I co najbardziej zastanawiające, mimo rozlicznych skarg (oficjalnych i nieoficjalnych), ulicznych protestów, dochodzeń wewnętrznych oraz głośnych deklaracji polityków nikt nie ponosi za to wszystko odpowiedzialności. Czasem jakiś funkcjonariusz zostaje zawieszony (z prawem do pełnej pensji), czasem przesunięty do innego wydziału, czekać go może ewentualnie wcześniejsza emerytura. A kiedy sprawy nie da się zamieść pod dywan, to zamiast czekania na wyroki szefowie policji wolą szybkie ugody i wypłaty milionowych
odszkodowań. Co oznacza, że w dalszym ciągu wyroków dla czarnych owiec brak. Kto tu kogo kryje i dlaczego? MISTRZOWIE DIALOGÓW Większe możliwości od Nicole Steele ma kolejna bohaterka serialu, agentka FBI Erika Jensen (w tej roli nasza Dagmara Domińczyk, której dobra passa trwa – dopiero co widzieliśmy ją w serialu „Sukcesja” czy w wytrawnym dramacie „Córka” u boku Olivii Colman). Jensen i jej partner rozpoczną śledztwo, które z każdym kolejnym zakrętem akcji będzie obejmowało coraz szersze kręgi podejrzanych i przynosiło coraz bardziej zdumiewające fakty. Wkrótce do rozwikłania sprawy zostaje powołana cała grupa, korzystająca z podsłuchów, przeczesująca archiwa, prześwietlająca życiorysy (i dochody) funkcjonariuszy oraz uzbrojona w najpoważniejszą broń: cierpliwość. To ma być duża sprawa, to ma być udane śledztwo, to ma być potężny cios w osobników, których zachowanie zostanie porównane w finałowym odcinku do gangsterów z lat 30. Zacznie się od drobiazgu, jednego przekupnego gliny, który powie kilka słów za dużo. A potem, ziarnko po ziarnku, zacznie z tego powstawać wielka i przerażająca układanka. Produkcja HBO Max oparta jest na głośnej książce non-fiction Justina Fentona, reportera „Baltimore Sun”. Wersję serialową przygotował David Simon (z pomocą jednego ze swoich stałych współpracowników, scenarzysty George’a Pelecanosa). Simon to w świecie telewizyjnej rozrywki postać legendarna. Serial „Prawo ulicy” („The Wire”) do dziś uznawany jest za jeden z najlepszych w historii, a potem przecież przyszły inne nietuzinkowe osiągnięcia: „Generation Kill”, „Treme”, „Kroniki Times Square”, „Spisek przeciwko Ameryce”. „Miasto jest nasze” potwierdza, że cieszy się zasłużoną reputacją. Simon i Pelecanos to mistrzowie dialogów – realizm opowieści jest powalający, ani przez chwilę nie mamy wrażenia, że cokolwiek napisano po hollywoodzku tylko po to, by zostało wygłoszone przez gwiazdora. Wszystko tu płynie naturalnie, brzmi wiarygodnie, a jednocześnie służy sprawnemu niesieniu wielowątkowej narracji. Chwilami możemy poczući się zagubieni, kiedy na ekranie zmieniają się lata i miejsca; fabuła skacze w tył i w przód, pojawiają się kolejni
bohaterowie, każdemu poświęcone są osobne retrospekcje. Ale to nieważne. Mistrzostwo opowieści polega na tym, że nawet jeśli chwilowo stracimy wątek albo nie będziemy w stanie zrozumieć, gdzie pasuje oglądany akurat kawałek układanki, to i tak będziemy tym, co widzimy, zafascynowani. Zmieniają się świadkowie. Każdy kolejny złamany skorumpowany gliniarz sypie następnego. Wracamy do znanych już zdarzeń, by ujrzeć je w innym świetle, z innego punktu widzenia. Panorama korupcji staje się coraz szersza i coraz bardziej szokująca. Na pozór „Miasto jest nasze” to po prostu kolejny serial o policji, tyle że wybitny. Powracają tematy, które Simon eksplorował nie tylko w „Prawie ulicy”. Jak wygląda codzienne życie tych, od których tak wiele wymagamy, a którymi tak rzadko się przejmujemy? Gdzie
Pytania o odpowiedzialność tych, którzy albo wydają rozkazy, albo przymykają oczy, muszą prowadzić do świata polityki – tak jest i w nowym serialu Simona
leży granica? Do czego może posunąć się stróż prawa, czy są sytuacje, które usprawiedliwiają nagięcie reguł? Czy walka z większym złem usprawiedliwia mniejsze zło? Z kolei pytania o odpowiedzialność tych, którzy albo wydają rozkazy, albo przymykają oczy, muszą prowadzić do świata polityki – tak jest i w nowym serialu Simona. To kolejni burmistrzowie naciskają na oczyszczenie ulic z kryminalistów i zaprowadzenie spokoju w mieście, polityka decyduje też o tym, kto zostanie komisarzem policji. Jest prawda kampanii wyborczych i prawda hm… praktyki codziennej. David Simon stawia sobie tym razem ambitniejszy cel. Nie chodzi tylko o zdemaskowanie niecnego procederu uprawianego przez stróżów prawa oraz wskazanie podejrzanych polityków. Ważniejsze pytanie brzmi: Dlaczego jest, jak jest? Zwróćmy uwagę, że jest to opowieść o korupcji, ale bardzo nietypowa. Nie ma tu żadnych mafiosów, którzy okręcili sobie wokół palca chciwych oficerów. Nie
ma gangsterów szantażujących albo opłacających szefów policji czy przedstawicieli ratusza. Zatem jak to wszystko działa i dlaczego? KAŻDA WOJNA WYMAGA OFIAR Wróćmy do naszego bohatera, Wayne’a Jenkinsa, który nie jest już ani naiwnym żółtodziobem, ani gliniarzem, któremu zdarza się od czasu do czasu zboczyć z właściwej ścieżki. Jak odkryją agenci FBI, grany przez Bernthala policjant dowodzi własnym małym przestępczym imperium, którego parametry funkcjonowania są ustawione tak, by po pierwsze, były zbieżne z celami komendantów i wydających im polecenia polityków, a po drugie, maksymalnie utrudniały udowodnienie czegokolwiek. Możemy śmiać się z hipokryzji Jenkinsa, który jedną ręką oddaje do magazynu dowodów skonfiskowaną forsę i kokainę, a drugą zagarnia dla siebie sporą część. Kiedy podrzuca dowody, składa fałszywe zeznania. Jak tłumaczy swym kolegom wspólnikom, to, co robią, jest właściwie tylko twórczą interpretacją metod wykonywania policyjnych zadań. Nie dlatego, że władze policji oraz miasta Baltimore popierają łamanie prawa, lecz dlatego, że domagają się od funkcjonariuszy przede wszystkim skuteczności. Jak długo masz wyniki (czytaj: konfiskujesz broń, wysyłasz do pudła handlarzy narkotyków, a twoje działania obniżają kryminalne statystyki), tak długo jesteś bohaterem. Jak długo robisz to sprytnie, tak długo wiele rzeczy nigdy nie wyjdzie na jaw, a nawet jeśli, to korzyści z twoich sukcesów przeważać będą nad ewentualnymi wykroczeniami. Każda bezkarność
rozzuchwala, więc zachowanie Jenkinsa i jego kompanów stawać się będzie coraz bardziej zuchwałe i zyskowne. Ale nie na tym polega główny kłopot. Wspomniana prawniczka Steele eksploruje w swych peregrynacjach po urzędach i mieszkaniach skrzywdzonych obywateli wątek rasowy. Tak, zatrzymywani i brutalnie traktowani są przede wszystkim Afroamerykanie. Ale czy można wszystko zrzucić na systemowy rasizm? Otóż nie. Wśród dobrych i złych gliniarzy są zarówno biali, jak i czarni. Pani burmistrz jest Afroamerykanką, ale kiedy przyjdzie czas, by wydać ekstrapieniądze na oczyszczenie policji z elementów przestępczych, odpowie, że nie wyda ani centa, bo musiałaby zabrać pieniądze z programów socjalnych i pomocowych dla czarnej mniejszości. Oznacza to, że obywatele Baltimore z największej etnicznej mniejszości w mieście dalej będą bici i prześladowani przez policjantów, ale za to nie w drodze do urzędu po zasiłek, tylko do centrum kulturalnego. Tak to jest, kiedy wyborcze mechanizmy dyktują wszystkie decyzje. Zatem jak poprawić sytuację? Kawę na ławę wyłoży wreszcie emerytowany policjant pojawiający się w dwóch
ostatnich odcinkach serialu. Brian Grabler, wykładowca policyjnej akademii (gra go Treat Williams), tłumaczy pani Steele, że żadne głośne dochodzenia, czystki, procesy i aresztowania i tak niczego nie zmienią. Winą za rozbicie zaufania między policją a obywatelami obciąża hasło wojny z narkotykami. Gdy prowadzisz wojnę, po drugiej stronie nie masz tych, których chronisz, ale wrogów. A kiedy padają trupy, tłumaczysz, że każda wojna wymaga ofiar. Prowadzi nas to w samo centrum dyskusji nagłaśnianej z jednej strony przez domagającą się legalizacji narkotyków lewicę, z drugiej przez chcących tego samego libertarian. Ale przypomnijmy, że wielce konserwatywny autor thrillerów Frederick Forsyth też udowadniał w swojej powieści „Cobra”, że w tej wojnie są jedynie dwa wyjścia: albo zabrać się do niej na serio, to znaczy uderzyć – właśnie w wojenny sposób – bezlitośnie w producentów i handlarzy, ryzykując, że ulice całego świata spłyną krwią (Czy społeczeństwa Zachodu są na to gotowe? Oczywiście, że nie), albo wybrać drugie wyjście – odpuścić. Jak bardzo? Gdzie nakreślić granicę? Nie sądzę, by David Simon wysuwał hasło „Kokaina dla wszystkich”, ale od tej dyskusji uciec się nie da. Temat wielce kontrowersyjny, wiem. WOLNOŚĆ CZY BEZPIECZEŃSTWO „Miasto jest nasze” okazuje się więc finalnie opowieścią o konflikcie fundamentalnym dla zachodnich społeczeństw liberalnych. Ci sami obywatele, którzy domagają się jak największych swobód, domagają się jednocześnie bezpieczeństwa. Nie czas tu i miejsce na powrót do tez Hobbesa i jego przeciwników, bo przecież liczba tomów na ten temat jest niezliczona. Pisał niedawno na łamach „Wszystko Co Najważniejsze” prof. Michał Kleiber, że nie należy pytać, co jest ważniejsze – wolność czy bezpieczeństwo. Właściwe pytania to: „Jaką część mojej wolności mogę poświęcić, aby zwiększyć bezpieczeństwo innych ludzi?” oraz „Jaką część mojego bezpieczeństwa mogę poświęcić, aby zwiększyć poczucie wolności u innych ludzi?”. Wedle profesora to z kolei oznacza konfrontację z dotykającym fundamentu ludzkiej moralności pytaniem: „Co mogę zrobić, aby pomóc innym?”. „Służyć i chronić” – pamiętacie? Jasne się staje, dlaczego do tych rozważań tak wdzięcznym narzędziem stają się rozważania o policji. Każdej policji, nie tylko tej skorumpowanej i nie tylko tej z Baltimore.