Noah Baumbach przekuwa trudną powieść Dona DeLillo w udaną, chwilami farsową opowieść o rodzinnym kryzysie, lęku przed śmiercią i chaosie współczesności.
Witajcie w zwykłej amerykańskiej rodzinie z kręgów uniwersyteckich – on toczy spory, czy o Hitlerze (jego specjalizacja, choć nie zna niemieckiego) można opowiadać tak jak o Presleyu, ona jedzie na tabletkach, które pomagają jej zwalczać lęk przed śmiercią; są i dorastające dzieciaki ze swoimi fobiami i fascynacjami. Ekranizacja powieści Dona DeLillo „Biały szum” od pierwszych scen domowych wprowadza nas w kakofonię współczesności: wszyscy mówią jednocześnie, grają radio, telewizja, syn też gra (na odległość) – w szachy z wielokrotnym mordercą. Chaos. A w tle groźba zagłady, którą niesie skażenie zabójczym chemicznym specyfikiem. Chociaż słynna książka DeLillo ukazała się w roku 1985, dziś zdaje się zaskakująco aktualna. Nie dlatego, że ją Noah Baumbach jakoś specjalnie uwspółcześniał, lecz dlatego, że wielcy amerykańscy pisarze ostatniego półwiecza, od Pynchona przez DeLillo do Wallace’a (dodałbym i Dicka), zmagają się z tym samym problemem w tym samym świecie – rozpadem rzeczywistości, kryzysem rodziny, niemożliwym do pogodzenia wyzwaniem powszechnej szczęśliwości dzięki powszechnej konsumpcji (nawet nadkonsumpcji – w filmie jakże ważną rolę odgrywa supermarket), ersatzami rzeczywistości (od mediów po narkotyki). Krótko mówiąc, ze światem bez Boga, w którym nic nie jest satysfakcjonujące, a wszystko – groźne. Tyle że żaden z nich nie ma odani powieści mają pretensje do Baumbacha, że zrobił film zanadto po swojemu, mnie zdaje się to zaletą. Niełatwą, częściowo eksperymentalną książkę zamienił w charakterystyczną dla siebie opowieść o kryzysie rodzinnym, pozostawiając w tle wątki apokaliptyczne. Wybrał nieco bardziej farsową formę dla części scen, zachował sporo dialogów w formie wprost z kart powieści – ja to kupuję. No i nie da się nie wspomnieć o fenomenalnej robocie aktorskiej: Adam Driver (po raz pierwszy na ekranie postarzony i nieco zgorzkniały), Greta Gerwig, Don Cheadle (profesor nie tylko od Presleya, lecz także od interpretowania wypadków samochodowych w filmach jako hymnów ku czci Ameryki). Wreszcie coś w Netflixie przerasta typowy poziom netflixowy (tak jak wcześniej „Irlandczyk” czy „Roma”). A spór o sens adaptacji przeniesie się zapewne na oscarowe salony.