Pięcioodcinkowy „Amadeus” roztrwania potencjał sztuki Petera Shaffera przez słabe dopiski, nietrafioną obsadę i brak inteligencji, uroku oraz tempa znanych z filmu Formana.
Zaczyna się jak parodia filmu Miloša Formana, a potem jest jeszcze gorzej. Oto Salieri (tym razem Paul Bettany, a nie F. Murray Abraham) chce wyznać swe winy: „Zabiłem Mozarta!”. Ale najpierw jako adresata spowiedzi wybiera wdowę po Amadeuszu. Ciężki make-up sprawia, że Bettany wygląda jak przedstawiciel rasy Ferengich z serialu „Star Trek: Deep Space Nine”. Kto nie będzie się śmiał, może po prostu załamać ręce. Pomysł nie był głupi – słynny i obsypany Oscarami film „Amadeusz” (1984) powstał co prawda na podstawie sztuki Petera Shaffera, ale oryginał literacki był dużo bardziej skomplikowany, o wiele bogatszy. Zatem przyklasnąć wypadałoby
koncepcji zrobienia adaptacji po bożemu, z szacunkiem dla autora. Niestety, to nie ta koncepcja. Scenarzysta Joe Barton, specjalista od rutynowej telewizyjnej fantastyki i kryminału, nie zamierzał być wierny Shafferowi. Pożyczył sobie trochę scen ze sztuki, coś tam podpatrzył w filmie Formana i zabrał się do dopisywania. Wyszło mniej więcej tak, jak w obu serialach o wiedźminie Geralcie. Tam, gdzie postacie mówią dialogami z Sapkowskiego, jest dobrze. Tam, gdzie dopisano nowe dialogi i wymyślono nowych bohaterów, wszystko się sypie. Dzieła zniszczenia dopełniają fatalne decyzje obsadowe. W miarę broni się Bettany jako Salieri, choć bywa zanadto jednowymiarowy. Może podobać
się Konstancja Mozart, czyli Gabrielle Creeve. Ale serial o Mozarcie nie może być udany bez dobrego Mozarta, a Will Sharpe jest Mozartem fatalnym. Do tego stopnia, że nawet przyjazny rozmaitym transgresjom dziennik „The Guardian” zamieścił recenzję, w której tę kreację porównano do roli Mossa granej przez Richarda Ayoade̕a w sitcomie „The IT Crowd” (polski tytuł „Technicy magicy”). Równie słaby jest Rory Kinnear jako cesarz Józef. W pięcioodcinkowej opowieści wyreżyserowanej przez Juliana Farina i Alice Seabright nie ma więc niczego, za co kochano i sztukę Shaffera, i film Formana: inteligencji, dowcipu, uroku, tempa oraz charyzmatycznych aktorów. Zostaliście ostrzeżeni i możecie wykorzystać pięć godzin swego życia na ciekawsze zajęcia. A wszyscy chętni do kręcenia podobnie słabych kopii arcydzieł niech pomną: klątwa Salieriego działa. Nie dość, że nikogo nie prześcigniecie, to jeszcze będziecie szybko zapomniani.