Peppermint Pierre’a Morela, twórcy „Uprowadzonej”, opowiada o Riley (Jennifer Garner), której mąż i córka giną z rąk ludzi handlarza narkotyków; wobec bezradności skorumpowanego systemu bohaterka sama wymierza sprawiedliwość. Główną słabością filmu jest konwencjonalność: wszystko jest tu papierowe i sztuczne, łącznie z drewnianymi dialogami. Po obiecującym początku seans zamienia się w drogę przez mękę, daleką od porywających filmów zemsty pokroju „Oldboya” — na polecenie nie zasługuje.
Riley (Jennifer Garner) to ciężko pracująca, niezamożna pani domu. Pewnego dnia cyngle latynoskiego handlarza narkotyków zabijają jej męża i córkę. Ponieważ skorumpowany system nie daje gwarancji ukarania sprawców, Riley zamienia się w anioła zemsty. Zajmie jej to kilka lat, ale okaże się skuteczniejsza od policji. Filmy zemsty mogą być porywająco i świeżo opowiedziane (tak jak koreański „Oldboy”), mogą być też pełne autentycznej furii i frustracji z powodu tumiwisizmu władzy (jak pierwsze filmy o Brudnym Harrym czy pierwsze „Życzenie śmierci”). Film Pierre’a Morela, reżysera „Uprowadzonej”, nie kwalifikuje się do żadnej z tych kategorii. Wszystko jest tu konwencjonalne, papierowe, sztuczne, włącznie z drewnianymi dialogami. Pierwsze 10 minut wygląda obiecująco, potem zaczyna się droga przez mękę. Zatem nie poziom „Oldboya”, lecz „M jak morderca” z Alem Pacino, która również nie zasługiwała na polecenie. „Peppermint” także nie zasługuje na polecenie.