ReżyseriaBenjamin Cleary
WystępująMahershala Ali, Naomie Harris
Rok produkcji2021

Precyzyjny i znakomicie zagrany dramat science fiction z wielkim taktem opowiada o pożegnaniu ze światem oraz bezgranicznym poświęceniu dla najbliższych.

Cameron (Mahershala Ali) umiera. Śmierć nadejdzie szybko, lada tydzień, może lada dzień. Nie powiedział o tym żonie Poppy (Naomi Harris) – boi się, że ta wiadomość ją zdruzgocze. Niedawno pochowała ukochanego brata. Jest w drugim miesiącu ciąży. Jest szczęśliwa. Na razie. Za sprawą dr Scott (Glenn Close) pojawia się rozwiązanie, tyleż eleganckie, co okrutne. Jako że akcja filmu „Łabędzi śpiew” rozgrywa się w przyszłości, to i rozwiązanie może być futurystyczne. Doktor Scott przygotuje idealną kopię Camerona, „wgra” do niej jego wspomnienia i uczucie. Rodzina żyła będzie dalej długo i szczęśliwie. Ale by plan się powiódł, potrzebna jest tajemnica: nikt nie może

wiedzieć, że do zamiany doszło, bo chodzi o to, by uczucia (i całą rodzinę) Poppy uratować przed traumą, a nie skazać na życie z kopią, na którą będzie nieustannie patrzeć podejrzliwie (w najlepszym wypadku). Cameron musi więc oszukać żonę dla jej dobra: zgodzić się na zamianę, pomóc przygotować swoje drugie ja do dalszego życia, a samemu umrzeć z dala od bliskich. I bez ich wiedzy. Aby ratować rodzinę, musi zniszczyć fundament, na którym jest zbudowana: prawdę. Pełnometrażowy debiut Benjamina Cleary’ego (zdobywcy Oscara w kategorii Krótki Metraż za film „Jąkała”) jest filmem zachwycająco zagranym, precyzyjnie opowiedzianym i traktującym o rzeczach trudnych z wielkim taktem. Mahershala Ali daje

popis gry aktorskiej (w obydwu ekranowych wcieleniach), równie dobra jest Naomie Harris. Fabuła może robić wrażenie wyjętej z B-klasowej literatury SF – ileż już mieliśmy opowieści o klonach, kopiach, zamianach dusz. Zwykle kiepskiej jakości. Film Cleary’ego omija tanią sensacyjność i szybko staje się opowieścią o tym, jak trudno pożegnać się ze światem, i o bezgranicznym poświęceniu dla tych, których kochamy. Emocje, które biją od bohaterów, rozświetlają zimny świat niedalekiej przyszłości, wykreowany przy użyciu minimalistycznych środków. Dzięki talentowi scenografów i operatora wierzymy bez reszty, że tak może wyglądać nasz świat, ale to dzięki scenariuszowi (napisał go sam Cleary) i znakomitej grze aktorskiej możemy uwierzyć, że realny może być ten niemożliwy wybór. Kto już zamknął swoją prywatną listę „top 10” premier ubiegłego roku, ten powinien czym prędzej obejrzeć „Łabędzi śpiew” i zrewidować poprzednie ustalenia.

← PoprzedniaNastępna →