Emerytowani artyści mieszkający w luksusowym, wyidealizowanym domu opieki przygotowują doroczny koncert, z którego dochód ma wesprzeć funkcjonowanie placówki. Muzyka pełni tu rolę głównego motywu i metafory sztuki wykraczającej poza wiek, rasę czy płeć, a fabularny pretekst otwiera pole do gorzko-słodkich rozmów o przemijaniu, starzeniu się i walce o godność. Reżyserski debiut Dustina Hoffmana zachwyca perfekcyjnym aktorstwem, tworząc kameralny, ale pełen rozmachu muzycznego drobiazg.
Reżyserski debiut znanego aktora Dustina Hoffmana to adaptacja sztuki Ronalda Harwooda. Jednak teatralny rodowód jest w niej mało wyczuwalny, bo choć to film skromny, kameralny, oparty na dialogach, to rozmach nadaje mu muzyka, którą jest przepełniony. To zresztą muzyka właśnie jest głównym bohaterem „Kwartetu” – muzyka jako metafora sztuki w ogóle, sztuki, czyli czegoś, co wynosi nas ponad poziomy, co nie zna granic wieku, rasy płci; czegoś, dla czego warto żyć. I umierać.
Dom artysty weterana, w którym rozgrywa się akcja tej opowieści, to oczywiście umieralnia kompletnie utopijna i fikcyjna – wszystko jest w nim idealne: od warunków, przez obsługę, położenie, aż do niesłychanie wysokiego poziomu artystycznego towarzystwa zebranego pod jednym dachem. Oś fabuły – doroczny koncert, na którym zbierane są datki na funkcjonowanie domu opieki – to tak naprawdę tylko pretekst do wielu gorzko-słodkich dialogów o przemijaniu, starzeniu się i powolnym żegnaniu ze światem. „Kwartet” jest jednak jeszcze o czymś: o godności, bo to o nią walczą bohaterowie (każdy na swój sposób). Podsumowując – perfekcyjnie zagrany drobiazg w reżyserii Dustina Hoffmana, który od dawna nie napotyka już na swojej drodze wyzwań aktorskich, więc sam stara się wykorzystać swe talenty, jak potrafi. Co do godności to ocala ją tym filmem dużo lepiej niż jego kolega po fachu, Robert De Niro, wycierający twarz w kolejnych idiotycznych drugorzędnych komediach.