Skłóceni Frank i Claire Underwoodowie prowadzą wzajemną wojnę podjazdową, a ich ambicje i bezwzględność zatruwają kolejne obszary politycznej gry. Zamach na Franka ponownie zmienia dynamikę relacji, natomiast zbliżające się wybory prezydenckie prowokują coraz brudniejsze zagrania. Czwarty sezon odzyskuje napięcie pierwszej odsłony dzięki świetnie napisanemu scenariuszowi, piekielnie dobremu aktorstwu i aktualnym wątkom terroryzmu.
W finale trzeciego sezonu „House of Cards” napięcie sięgnęło zenitu. W czwartym – jeszcze wzrosło. Piszę to bez kpiny, czwarta odsłona powieści o ambitnym i amoralnym Franku Underwoodzie jest najlepsza od czasu sezonu pierwszego. Skłóceni Frank i Claire prowadzą przeciwko sobie wojnę podjazdową: ona nie kryje własnych ambicji i czuje się lekceważona, on chce jej udowodnić, że bez niego jest niczym. Choroba tocząca Underwoodów zaczyna dotykać pozostałych uczestników politycznej gry, a im bliżej prezydenckiej elekcji, tym częściej sięga się po brudne chwyty. Gwałtowny zwrot akcji (zamach na Franka) znów zmieni dynamikę relacji między postaciami. Jest co oglądać, jest czym się emocjonować, bo po trzecim, nudniejszym sezonie „HoC” znów jest serialem świetnie pisanym i piekielnie dobrze zagranym. A to, co się dzieje w drugiej połowie sezonu czwartego (działania serialowego odpowiednika ISIS), zadziwia aktualnością. © ℗