Pierwsza część gwiezdnej sagi powstała bez George’a Lucasa i rozgrywająca się po „Powrocie Jedi” wprowadza nowych bohaterów, a zarazem przywraca Hana Solo i księżniczkę Leię. Mocnymi stronami są pieczołowite odtworzenie ducha klasycznych „Gwiezdnych wojen”, sprawne wykorzystanie znajomych rozwiązań fabularnych oraz udane przekazanie serii w nowe ręce. Szczególnie wyróżnia się Harrison Ford, który jako Han Solo kradnie każdą scenę.
Nowy epizod gwiezdnej sagi jest przełomowy z wielu względów: pierwszy bez George’a Lucasa, pierwszy w wytwórni Disneya, pierwszy, który rozgrywa się po „Powrocie Jedi” kończącym kanoniczną trylogię. A teraz najlepsze – ogląda się go, jakby były to stare, dobre „Gwiezdne wojny”, co zawdzięczamy zarówno recyklingowi znajomych rozwiązań fabularnych, jak i pieczołowitości, z jaką J.J. Abrams starał się uchwycić klimat oryginału. No i oprócz nowych bohaterów (świetnie wprowadzonych) mamy także starych ulubieńców. Po księżniczce Lei widać co prawda, że to już emerytka, za to Han Solo, czyli Harrison Ford, kradnie każdą scenę, w której się pojawia. Eksperyment z przekazaniem serii w nowe ręce powiódł się nadspodziewanie dobrze, równie ciekawie prezentuje się pierwszy zwiastun „Rogue One: A Star Wars Story”, czyli film, który pojawi się w kinach w grudniu i będzie się rozgrywał w świecie „Gwiezdnych wojen”, ale koncentrował na wątkach dotąd pobocznych.