Wes Anderson zachowuje w tym filmie własny, ekscentryczny styl, a przy tym potrafi bawić i wzruszać jak mało kto. Akcja toczy się w fikcyjnej środkowoeuropejskiej Zubrowce, inspirowanej niemiecką prozą i klimatem dawnej monarchii, będącej wyrazem tęsknoty za światem opartym na zasadach. Atutami są znakomita obsada, brawurowa scena ucieczki z więzienia oraz spisek hotelowego personelu, a przede wszystkim mistrzowska rola Ralpha Fiennesa jako Monsieur Gustave - jedna z najbardziej zapadających w pamięć kreacji ostatnich lat.
Wes Anderson jest jednym z bardzo niewielu współczesnych amerykańskich reżyserów, którzy nie dali się pożreć hollywoodzkim konwencjom. Pozostaje twórcą bardzo osobnym, kręcącym filmy nietypowe, ekscentryczne i ambitne. Jednocześnie nie traci kontaktu z widownią, bo potrafi wzruszać i bawić jak mało kto. „Grand Budapest Hotel”, rozgrywający się w fikcyjnym środkowoeuropejskim kraju Zubrowka, to owoc inspiracji niemiecką prozą oraz klimatem c.k. monarchii, a zarazem wyraz tęsknoty za światem, w którym istnieją jakieś zasady. Oprócz wyśmienitej obsady (kilkunastu znakomitych aktorów – od Edwarda Nortona do Harveya Keitela i Willema Dafoe) można zobaczyć na ekranie najbardziej zwariowaną scenę ucieczki z więzienia w dziejach kina, wyjątkowo szeroko zakrojony spisek kelnerów, konsjerżów, portierów i Bóg wie kogo jeszcze, ale przede wszystkim mistrzowską szarżę Ralpha Fiennesa w roli głównej. Jego Monsieur Gustave to absolutnie mistrzowska kreacja, jedna z najbardziej zapadających w pamięć postaci, jakie można było zobaczyć w kinie przez ostatnie lata.