Trzynaście lat po niedokończonym serialu HBO (2004–2006) pełnometrażowy film przynosi jego epilog z udziałem całej obsady. Akcja toczy się w 1889 roku, gdy Deadwood świętuje przyłączenie do Dakoty Południowej, a powrót milionera Hearsta prowadzi do kolejnej konfrontacji szeryfa Setha Bullocka (znakomity Timothy Olyphant) z Alem Swearengenem (bezbłędny Ian McShane). Lekcja jest wymowna: prawdziwe zagrożenie dla miasteczka leży nie w dzikim Zachodzie, lecz w polityce i wielkim biznesie. Początek bywa nużący, ale reszta broni się znakomicie.
„Deadwood” to jeden z najlepszych seriali HBO (2004–2006), ale nie doczekał się właściwego zakończenia. Finał trzeciego sezonu odsuwał tylko w czasie ostateczne rozstrzygnięcia. Teraz, po 13 latach, epilogiem jest pełnometrażowy film, w którym powracają wszyscy bohaterowie (niektórzy tylko po to, by pożegnać się z życiem). Rok 1889, miasteczko Deadwood świętuje przyłączenie do Dakoty Południowej. Bezwzględny milioner Hearst powraca ubić kolejny interes, Calamity Jane pragnie spocząć w grobie obok Dzikiego Billa Hickoka, a główne role w konfrontacji jak zwykle odegrają szeryf Seth Bullock (znakomity Timothy Olyphant) i właściciel saloonu Al Swearengen (bezbłędny Ian McShane). Lekcja jest niepokojąca: Dziki Zachód to miejsce niebezpieczne i pełne łotrów, ale prawdziwe niebezpieczeństwo nadciąga wraz z politykami i wielkim biznesem. Po nieco nużącej pół godzinie (trzeba widzom przypomnieć, kto i skąd się wziął) reszta jest znakomita.