Antologia sześciu opowieści z Dzikiego Zachodu - o śpiewającym rewolwerowcu, pechowym rabusiu banków, wędrownym sprzedawcy rozrywki, upartym poszukiwaczu złota, osadnikach zmierzających do Oregonu i pasażerach tajemniczego dyliżansu - układa się w spójną przypowieść o ludzkim losie, raz krzepiącą, raz wstrząsającą. Reżyseria, gra aktorska i montaż są niemal perfekcyjne, a piękne pejzaże dorównują klasycznym westernom. Całość wyróżnia też rzadka u twórców doza współczucia wobec bohaterów.
Śpiewający rewolwerowiec, pechowy rabuś banków, wędrowny sprzedawca rozrywki, uparty poszukiwacz złota, osadnicy z karawany zdążającej do Oregonu oraz pasażerowie dziwnego dyliżansu. Sześć opowieści z Dzikiego Zachodu składa się na nowy film braci Coen wyprodukowany dla Netflixa. Starannie obmyślony, wyreżyserowany pewną ręką i dostarczający tak pięknych pejzaży Ameryki, że nie powstydziłby się ich żaden z klasycznych westernów. Antologia opowiastek pisanych przez ćwierć wieku układa się pod ręką reżyserów w logiczną całość, w przypowieść o losie człowieczym, czasem krzepiącą, kiedy indziej wstrząsającą. Wszystko w tym filmie jest perfekcyjne: timing, gra aktorska, montaż. Co do przesłania – przypomina się oczywiście słynny cytat z Roberta Burnsa o „przemyślnych planach myszy i ludzi”, które „w gruzy się walą”, ale jest w tym dziele braci Coen dużo więcej. Przede wszystkim współczucia, o które zwykle trudno w ich filmach.